Szalone wakacje

Lato 2009 r.

Jest godz. 7.40. Za oknem huczy i mnie obudziło. Już trzeci dzień wykonują anty-wilgociowe-uszczelnienie jednego z budynków na naszym osiedlu i stale coś huczy, tłucze się i warczy. Jestem niedospana, bo usnęłam dopiero około pierwszej, sąsiadka piętro nade mną krzątała się, a w ogródku pod oknami jakaś para doskonale się bawiła przy butelce czegoś tam.

Pięknie na polu, słoneczko, lipiec, pomiędzy huczeniem słychać radosny śpiew ptaszków. Znów będzie gorąco. Dziś mam w planie poprawić znajomemu pewien drobiazg w kodzie strony, kontynuować projektowanie mojego portfolio i zanieść do administracji mieszkaniowej wypełniony druk, który kazali wypełnić i przynieść albo przysłać. Zaniosę, szkoda kasy na znaczki.

Z dniem 31 czerwca wygasła moja renta. Zanim to nastąpiło odpowiednio wcześnie zadzwoniłam do mojej lekarki psychiatry. Powiedziała, że terminy ma na sierpień. Pojechałam więc do niej i poprosiłam o moją Kartę Choroby. Pół roku temu napisałam list i poprosiłam o przesłanie Karty do przychodni, którą sobie upatrzyłam, a która jest blisko mojego miejsca zamieszkania i gdzie znalazłam lekarza przyjmującego od razu, bez wyznaczania tych durnych terminów. Z Kartą zjawiłam się u nowego lekarza. Wypisał lek na schizofrenię, ale renty przedłużyć nie chciał, doradził zwrócić się o to do poprzedniej lekarki. Wystawił zaświadczenie dla niej stwierdzające u mnie chorobę urojeniową i wydał mi część Karty Choroby, tą prowadzoną w poprzedniej poradni. Znów zadzwoniłam do mojej byłej lekarki – kazała przyjechać. Kończyła pracę o trzynastej, a więc czasu było mało, musiałam się speszyć. Po drodze wstąpiłam na policję, aby mi pomogli w zabezpieczeniu dowodu. Chciałam, by zaświadczenie z diagnozą skserowali i poświadczyli wiarygodność, a następnie przechowali u siebie w dokumentacji, która powinna była istnieć od ubiegłego lata, kiedy po raz pierwszy zgłosiłam tam przestępstwo polegające na nie leczeniu mnie przez psychiatrów na moją nerwicę, a wystawianiu błędnej diagnozy. Policja odmówiła zabezpieczenia dowodu, ale za to zdecydowała się przyjąć ode mnie kolejne zgłoszenie tego samego przestępstwa. Do mojej byłej lekarki zdążyłam przed trzynastą, wystawiła mi zaświadczenie „zdolność do pracy”. Cudowne uzdrowienie schizofrenika… Uzyskałam więc tamtego dnia dwa zaświadczenia: jedno o chorobie urojeniowej i drugie o całkowitej zdolności do pracy.

Odpowiednio wcześnie, tj. 20-go czerwca, udałam się do Urzędu Pracy, aby się zarejestrować. Okazało się, że nie dokonam tej formalności zanim nie wygaśnie renta. I choć bym pękła, nie zapobiegnę temu fatum, brakowi środków na utrzymanie przez cały lipiec. Okres rozliczeniowy zaczyna się w tym Urzędzie każdego 10-go miesiąca, a wypłata jest z dołu, czyli pierwsza wypłata wypada w połowie sierpnia, okrojona o te dziesięć dni. Wychodzi więc tak, że kwota wynosząca ok. 60% miesięcznego zasiłku to mój dochód realny za dwa miesiące – lipiec i sierpień. Ma się ochotę kogoś zamordować.

Pierwszego lipca pojechałam do Urzędu około południa. Dowiedziałam się, że Urząd rejestruje w takim trybie, że są wydawane bloczki i trzeba być o ósmej rano. Gdy byłam poprzednio, nikt mi tego nie powiedział, a tylko urzędniczka obejrzała moje dokumenty i zwróciła uwagę, że brak w nich świadectwa ukończenia szkoły. Wróciłam do domu na piechotę, bo już nie miałam pieniędzy. Na następny dzień pożyczyłam na jeden bilet tramwajowy i znów pojechałam do Urzędu, tym razem ze świadectwem. Byłam punktualnie. Urzędniczka wydająca bloczki stwierdziła, że brak jest w moich papierach zaświadczenia o miejscu zameldowania. Na piechotę, w piekielnym upale, powędrowałam do Urzędu Miasta mojej dzielnicy, następnie na piechotę do Urzędu Pracy wróciłam. Bezrobotną zarejestrowaną stałam się o godzinie piętnastej.

Zwróciłam się do Opieki Społecznej, opiekunka, bardzo kochana młoda osoba, przyjęła moją prośbę o finansową pomoc i kazała przyjść za parę dni po decyzję. Po paru dniach dowiedziałam się, że Urząd Miasta Krakowa wstrzymał fundusze. Przez około dwa tygodnie niemal co dzień pytałam, czy „miasto” już fundusze przywróciło. Ostatecznie wypłatę niewielkiej kwoty wyznaczono na 21-go lipca, 80 zł, a na 24-go lipca niewiele ponad 230 zł. Czyli dochód mój lipcowy to ok. 310 zł. Pożyczyłam od znajomego 200 zł, głównie na prąd – mam oddać 31 lipca… Ciekawe, jak tego cudu dokonam?

Któregoś dnia poszłam na policję dowiedzieć się o losy mojego zgłoszenia w sprawie przestępstwa psychiatrów. Już wyekspediowano do prokuratury. W domu zredagowałam dwa pisma, pozbierałam dowody i poszłam do prokuratury. Pani prokurator dowody poleciła sekretarce skserować, uwierzytelnić – pisma i dowody za potwierdzeniem przyjęto. Po kilkunastu dniach przysłano mi pocztą „Postanowienie o odmowie wszczęcia dochodzenia”. Zredagowałam zażalenie na postanowienie, zaniosłam do prokuratury na dziennik podawczy.

Napisałam wniosek o wszczęcie postępowania z powództwa cywilnego, o przyznanie mi odszkodowania od sąsiadów nade mną, za to, że od lutego przez cztery miesiące nie dało się spać z powodu nocnych hałasów wywoływanych pijaństwem i pracami remontowymi. Zawiozłam wniosek do sądu na ul. Przy Rondzie.

Dostałam wezwanie od policji w związku z tym, że którejś nocy prosiłam policję 997 o interwencję, gdy w/w sąsiedzi pewnej nocy nie dawali spać. Moje zgłoszenie znów znajdzie finał w Sądzie Grodzkim.

Napisałam pismo do Zarządu Budynków Komunalnych domagając się kontroli mieszkania piętro wyżej, bo jest to dawny strych z wadliwie przeprowadzoną adaptacją – brak jest izolacji akustycznej, życie z tego powodu jest dla nas piekłem, ponieważ obie z matką nagminnie jesteśmy niedospane. Był co prawda etap spokoju, który nastąpił po interwencji Telewizji Polskiej Program III – zła sława najwyraźniej powściągnęła sąsiadów. Potem pojechali na urlop, a wynajęli mieszkanie dwóm bardzo spokojnym, kulturalnym dziewczynom. Gdy te miłe dziewczyny wyprowadziły się, wtedy wprowadziła się nowa lokatorka, a ta ma zwyczaj krzątać się po nocach, co przez pozbawiony izolacji akustycznej sufit słychać tak dokładnie, jakby krzątała się tuż obok mnie. Tak więc koniec normalnego spania i konieczność dalszej walki.

Przyszło drogą pocztową powiadomienie o terminie rozprawy (31 lipca) w związku z moim zażaleniem, w sprawie dotyczącej psychiatrów. Zabrałam się za redagowanie mowy, którą albo odczytam, albo przekażę w formie pisma. Jeszcze nie skończyłam. Przerwał mi pracę nakaz eksmisji. Najpierw skrajna groza, potem bieganie do Opieki Społecznej, redagowanie uzasadnienia, wizyta u prawnika zatrudnionego w Opiece. Uff… Okazało się, że mama jako osoba ponad 75-letnia nie podlega eksmisji. Jakże miało do zadłużenia nie dojść, skoro mama dostaje w tej chwili emerytury nie całe 700 zł (po rewaloryzacjach wszelkich), a czynsz wynosi prawie 400 zł? I jakże ja miałam dokładać się do czynszu, skoro moja renta wynosiła 480 zł (po rewaloryzacjach wszelkich)? Oprócz czynszu jest do zapłacenia prąd, mój Internet, potrzeba na jedzenie, mama wydaje dużo na leki na kilka chorób, między innymi na serce po przebytym zawale.

Nocami w ogródku pod naszymi oknami odbywają się spotkania towarzyskie młodzieży, z definicji młodzież jest głośna, bardzo często także mają miejsce głośne balangi degeneratów. Trzeba czasem prosić o interwencję policję albo Straż Miejską. Tryb pracy tych instytucji jest taki, że sami nie chodzą nocami na patrole i nie sprawdzają, czy nic złego się nie dzieje, a tylko przybywają na konkretne wezwania obywateli. Dla obywatela może oznaczać to, że ile wezwań, tyle samo rozpraw w Grodzkim Sądzie i towarzyszących temu wezwań na policję, pod dwie do trzech przypadających na jedną rozprawę. Etat dla obywatela za darmo. Tak więc dzwonię czasami z powodu nocnych hałasów w ogródku, ale na rozprawę sądową już się nie dam nabrać.