Drąg

Każdego ranka, gdy sen ustępuje miejsca jawie i powinna zacząć mnie wypełniać – jak wypełnia niebo blask rześkiego wstającego słońca – świadomość mojego ja, zamiast niej uzmysławiam sobie ból spowodowany ohydnym drągiem w tapczanie!

Jestem człowiekiem patrzącym najchętniej w przyszłość, okropnie nienawidzę być przymuszana do spoglądania wstecz ani zajmowania się przyziemnymi bzdurami, dlatego mimo pomrukującego we mnie gniewu zbieram się szybko i mając w wyobraźni perspektywę dnia, rozpoczynam swój rytuał całego mnóstwa porannych, codziennych czynności. Najpierw z zamiarem odsunięcia kotary w oknie, by wpuścić światło, wychodzę na tapczan, starając się omijać doły w miejscach, gdzie drąga nie ma, gdyż tam z kolei materac niebezpiecznie się zapada i jakieś niefortunne potknięcie mogłoby skończyć się śmiertelnie tragicznie, to jest wypadnięciem przez okno. Marząc już intensywnie o śniadanku, upragnionej kawie i papierosie (kiedyś je rzucę) odsuwam zasłonę i … nieszczęście: znów poodpinały się te przeobrzydliwe żabki!!! Gotując się z wściekłości na „geniusz” producenta tego na odmianę bubla i generalnie wszystkich razem, złorzecząc – lepiej nie cytować – wdrapuję się z tapczanu na szafę, czyli miejsce skąd da się dosięgnąć żabek, i przypinam kotarę z powrotem. Po czym z wielką ostrożnością schodzę z szafy na tapczan, starannie analizując każde stąpnięcie ze względu na doły i związane z nimi ryzyko. Uff… Cóż jeszcze pochłonie od samego rana moje ja??!! – myślę, uderzając się w tym samym momencie o niby-ozdobną rączkę tapczanu, zstępując z niego na podłogę. A jeśli nie o rączkę, to o składane krzesło lub cokolwiek innego, ponieważ nie ma absolutnie możliwości schodząc z tapczanu nie uderzyć w nic!!!

Choć poranne czynności wykonuję bardzo starannie, to właściwie zawsze z ogromną niecierpliwością, traktując je jak coś, co oddziela mnie od prawdziwego sensu życia, i co po prostu należy wykonać, by mieć to z głowy. Pierwszą po przebudzeniu rzeczą, którą zaliczam do prawdziwego sensu życia, jest śniadanie z nieodłączną kawą (i papierosem). Uważam, że każdy ma bezwzględne prawo zaczynać dzień od śniadania, choćby to była tylko kromka chleba z masłem czy nawet bez. Jest ono pierwsze – moim zdaniem – w całym szeregu czynności ważnych, jakie ma do wykonania w ciągu dnia człowiek, traktujący życie serio. Tak więc wszystko, co mnie od tego sensu, łącznie ze śniadaniem, oddziela, ogromnie mnie irytuje. Człowiek nie po to przecież wstaje, by walczyć z przedmiotami, lecz by zjeść śniadanie i przystąpić do swych zajęć.

A tu jak na złość głupich prac do wykonania, zanim coś zjem, mam bez liku. Przede wszystkim muszę pościelić łóżko. Jest to czynność matematyczno-intelektualna, podczas której mój umysł w pewnym momencie jej wykonywania „wysiada”, tak jest skomplikowana. Posłanie, na którym śpię, jest to bowiem wiele elementów, wymagających poukładania od podstaw, w zupełnie innym porządku na dzień niż na noc. Najpierw trzeba rozebrać nocną konstrukcję, przekładając ją w logicznej kolejności na fotel. Należy ją rozebrać w taki sposób, by potem przy przenoszeniu każdej rzeczy ponownie z fotela na tapczan, przenosić ją we właściwym porządku, a nie mieszać tam i z powrotem w całej stercie na fotelu, poszukując rzeczy właściwej, w tej akurat chwili do nowej, dziennej konstrukcji potrzebnej. Niestety nigdy nie udaje mi się wytrwać w logicznej kalkulacji i jednak pod koniec mieszam w tej stercie tam i z powrotem.

Policzyłam kiedyś, ile pod prześcieradłem mieści się warstw różnych miękkich materiałów, oddzielających mnie od drąga, systematycznie przeze mnie dokładanych, w miarę gdy poprzednie nie wystarczały, a które muszę na tapczanie poukładać rano od początku. Naliczyłam tych warstw dziesięć. Do tego dochodzą poduszki, kołdra, koc, prześcieradło, czyli to, co zazwyczaj na normalnym łóżku każdy ma, oraz na koniec białe futerko dekoracyjne, identyczne jakim przykryty mam fotel. Teoretycznie mogłabym odłożyć pracę ścielenia na po śniadaniu i usiąść na całej tej zbałaganionej po nocy górze betów, by zjeść, ale uważam, że człowiek ma niewzruszone prawo jeść śniadanie w scenerii kulturalnej.

W razie ataku

A jeśli bronią, polegającą na emitowaniu na odległość szkodliwych i zabójczych fal na umysł i ciało, zaatakują nas Rosjanie, to co robić? W czasach zimnej wojny władze po obu stronach Muru Berlińskiego szkoliły swoich obywateli, jak się zachować w razie ataku atomowego. Obecnie jesteśmy w bloku NATO-wskim i oczekuję od tego naszego zachodniego systemu obronnego stosownych szkoleń dotyczących nowszej, ale także niebezpiecznej dla cywilnej ludności broni.

Rozwój – rozbój

W swoim archiwum na dysku zachowałam wszystkie kopie wykonanych przeze mnie internetowych stron. Pierwsza kopia jest z 2008 r. Do 2016 r. przez osiem lat pracowałam tworząc strony. Rozkręcałam się stopniowo, miałam coraz więcej klientów. Do chwili otrzymania praw do emerytury w roku 2014 było to jedyne moje źródło dochodów. Byłam bardzo aktywnym internautą, dlatego znałam online sporo ludzi, spośród których niektórzy stali się moimi klientami, a inni kooperantami. Wyspecjalizowałam się w kodowaniu, a współpracowałam z ludźmi, którzy wyspecjalizowali się w grafice komputerowej i projektowali strony. Moi partnerzy byli to przeważnie ludzie młodzi – uczniowie, studenci. Wszyscy pracowaliśmy „na czarno”. Nie dlatego pracowaliśmy na czarno, że cechowały nas skłonności przestępcze – powodem był ZUS. Nie podatki, ale właśnie ZUS.

Składki na ZUS wynosiły w kolejnych latach coraz więcej, począwszy od kwoty około 800 zł. Obecnie 1400 zł. Do pewnej kwoty co prawda działało prawo zwolnienia od obowiązku płacenia ZUS, ale te limity były zbyt niskie, około 500 zł. Uzyskując zarobek 501 zł, już trzeba by zapłacić składki ok. 800 zł (co roku coraz więcej), jaki więc miałoby to sens??! A do tego jeszcze podatek. Istniało prawo odliczania składek od podatku, ale nikła to pociecha – odliczenie to wynosi obecnie 7,75% podstawy wymiaru składki, a poza tym zwrot nadpłaty następuje dopiero po ok. roku.

Generalnie ZUS stał na przeszkodzie do zakładania własnej legalnej działalności. Skutkiem tego młodzi ci ludzie pracowali „na czarno” i nie płacili podatków. Oczywiście ja też. Pracując człowiek czuje się jak złodziej – musi się ukrywać ze swoją pracą jak żyd w czasie II Wojny Światowej. A co na to państwo? Państwo nie potrzebowało naszych podatków??! Koszty pracy legalnej działały w istocie jak zakaz pracy. Bo jeśli koszty w danym miesiącu przekraczają mój zarobek, to znaczy, że lepiej nie pracować. Sześć lat pracowałam współpracując z bardzo wieloma ludźmi. Przez sześć lat państwo nie otrzymując od nas podatków, ile straciło? Stracił budżet państwowy, straciliśmy my możliwość legalnego zarabiania i korzyści z legalnej pracy wynikające (np. składki emerytalne).

obrazek

Chcieliśmy ustroju kapitalistycznego, aby ludzie z inicjatywą uzyskali otwartą drogę do zakładania własnych firm i do rozwoju swych firm. Aby ludzie z inicjatywą mogli zaczynać od przysłowiowych precelków jak w USA.

Prowadząc swoją nielegalną działalność zaniechałam całkowicie korzystania z pomocy finansowej Opieki Społecznej. Mając w duszy bunt przeciw systemowi państwowemu, który mnie skrzywdził, postawiłam sobie za punkt honoru utrzymywać się samodzielnie z własnej pracy, a nie żebrać o łaskę głodowych zasiłków. Wbrew temu, jaką opinię o mnie wyrobiono, między innymi sposobem wyrzucania mnie z kolejnych miejsc pracy, umiałam pracować, byłam pracowita, zaradna, solidna itp.

W czerwcu 2015 r., mając już od roku emeryturę, założyłam swoją własną, jednoosobową firmę. I znów kubeł zimnej wody na głowę – mimo, iż płacę składkę ZUS z racji emerytury, muszę płacić składkę zdrowotną ZUS z racji własnej firmy. Dwie składki, a jeden człowiek. Ma to sens? Oczywiście na pełną składkę ZUS nadal mnie nie było stać, jedynie na tą jedną część – składkę zdrowotną. Sama składka zdrowotna wynosi obecnie 362,34 zł., natomiast pełna składka to ok. 1400 zł. Straciłam tym sposobem możliwość podwyższenia swej emerytury z racji kontynuowania pracy na emeryturze.

Szczyty obłudy

Unia Europejska szykuje sankcje na Rosję za próbę otrucia Nawalnego. Ale działania wyniszczające w Polsce przy użyciu innej broni Unii jakoś nie przeszkadzają, od dekad.

Moim zdaniem, na Polskę, począwszy od chwili Okrągłego Stołu, skierowano takie działania, które miały ne celu podniszczenie Polski. A z kolei to podniszczenie miało na celu sprawienie wrażenia, że tyle tylko zostało po komuniźmie. Czyli kamień na kamieniu nie miał pozostać po osiągnięciach komunizmu.

Bezsilność

Stany Zjednoczone są jednym z inicjatorów antykomunistycznego ruchu. Jeśli ja stwierdziłam w tamtym czasie, że w Polsce stosowana jest niebezpieczna broń, to czy nie było słuszne powiadomić o tym USA, licząc na jakąś reakcję tego mocarstwa? A powiadomiłam po tym, jak już wykorzystałam wszelkie drogi, począwszy od najniższego szczebla aparatu państwowego Polski, czyli pobliskiego posterunku policji, następnie prokuratury, sądu, jednostek wojskowych w regionie itp., poprzez władzę państwową Polski, a skończywszy na Trybunale w Strasburgu.

Najpierw, od początku lat osiemdziesiątych systematycznie wyrzucano mnie z kolejnych miejsc pracy. Jednocześnie atakowano mnie i syna przy zastosowaniu wspomnianej broni, w różny sposób, bezpośrednio i pośrednio. Potem, w roku 1990 (lub 1991 lub 1992 – nie pamiętam dokładnie) nastąpił brutalny atak w/w bronią. Następnie w sierpniu 1993 r. ktoś mnie zapytał, czy chcę podjąć działania w związku z prześladowaniem i atakowanie mnie. Odpowiedziałam, że tak. Dość szybko, bo już w jesieni 93 r. nastąpił szalenie brutalny, bestialski, bandycki napad na mnie, w moim domu, przy zastosowaniu – oczywiście – wspomnianej broni. Po paru miesiącach i gdy już minął mi paraliżujący szok, podjęłam, jak wspomniałam powyżej, całą wielką kampanię w celu samoobrony siebie i syna.