Ale bajzel

Próbuję pozbierać myśli. A więc tak:

Najpierw był komunizm. Miał się skończyć w 1985 roku. Nie wiem dlaczego, ale nic nie wiedziałam o tej dacie końcowej, ustalonej podczas zawiązywania Układu Warszawskiego. Nie wiedziałam aż do całkiem niedawna. Ciekawe, czy inni wiedzieli… Nikt nic o ustaleniu tej daty końcowej nie mówił, nie pisał. Ciekawe, dlaczego… Opozycja solidarnościowa, zamiast się cieszyć, że koniec już bliski, zaczęła wojować. Ciekawe, dlaczego… Zaczęła wojować wciągając w to cały naród. Coś się jednocześnie działo bardzo, bardzo tajnego. Długo nie wiedziałam co ani że w ogóle coś się takiego dzieje. Wypłynęły jakieś bohaterskie postaci typu Michnik, Kuroń, Mazowiecki (nie licząc Wałęsy) itp. W mediach non stop wymieniano nazwiska tego typu postaci i należało rozumieć, że są to autorytety absolutne, wspierane przez Zachód, reprezentujące najwyższe świętości narodowe takie jak Armia Krajowa czy Polska Walcząca. Stworzono nam świeckiego boga, którego należało czcić. Ten świecki bóg ogłosił, że Polska bez wiary katolickiej to nie Polska. Komunizm okazał się zbrodnią i identycznie ateizm. Czyli jeśli ja jestem ateistką (a jestem), to znaczy, że mam skłonności zbrodnicze. I jeśli ja w pewnym momencie zaczęłam żywić szacunek do służb typu SB, to mam już całkiem przekichane. Nic nigdy złego aparat komuny nie wyrządził mnie ani moim rodzicom i ta wpajana mi na spotkaniach solidarnościowych i KPN-owskich nienawiść do aparatu komuny nie ugruntowała mi się. Jak można wierzyć w coś, czego nie widać?? Jak DŁUGO można wierzyć w coś, czego nie widać?? Miałam z dnia na dzień ZACZĄĆ wierzyć w katolickiego Boga, którego nie widać, i w zbrodniczość komuny, czego osobiście nie stwierdziłam, a PRZESTAĆ wierzyć w wyzwolenie Polski spod okupacji hitlerowskiej przez Związek Radziecki, o czym uczyłam się w szkole i co potwierdzili moi rodzice i dziadkowie, którzy moment wyzwalania widzieli na własne oczy.

Minęło czterdzieści lat i oto widzę stan faktyczny, który jest efektem ewoluowania systemu stworzonego w miejsce komunizmu u nas i dwubiegunowości na świecie. W międzyczasie pojawił nam się na świecie antyterroryzm, antyrosyjskość, tęczowa rewolucja seksualna, obrona życia poczętego i ludobójstwo. Polscy politycy z solidarnościowym rodowodem stali się jeszcze więksi i jeszcze lepsi. Wszystko w ogóle teraz jest większe i lepsze ode mnie: Amerykanie, Unia Europejska, NATO i wszelkie ich strategie. Moje prawa obywatelskie podporządkowano wielkościom. Już nie jestem obywatelem jak za komuny, tylko rzeczą. Wolno nawet wedrzeć się do mojej duszy, za sprawą całkiem realnej techniki, bez uwzględnienia praw oraz procedur regulujących relacje między służbami specjalnymi a osobą cywilną. Wolno, bez podawania przyczyny uzasadniającej wtargnięcie. Może to eksperyment sfrustrowanego jakiegoś dowódcy? Może ordynarna zbrodnia? A może wielka gra jakaś? Ciekawe, czy chociaż pracownicy tych służb znają odpowiedź… „Ja tylko wykonywałem rozkazy.”

Wolno w sposób zawoalowany obrabować z dorobku materialnego, zniweczyć lata pracy. W imię kapitalizmu? Wolnego zachodniego świata? Oczywiście pod zmyślonym pretekstem. Po prostu: służby wkraczają w czyjeś życie i rujnują. Nowa epoka? Odwołano wszelkie dotychczasowe prawa?

Więzienie w Guantanamo to jest demontracja bezprawia ze stronu USA. Żadnych zasad, żadnych praw.

Nalot

Polskiego tajnego aparatu miałam serdecznie dość już bardzo dawno. Wyniszczanie, prześladowania, tortury, intrygi, wilczy bilet itd. Odizolowałam się dzięki mojemu odkryciu, że da się zarabiać na wykonywaniu stron internetowych. Niczego od służb nie potrzebowałam. Co było mi konieczne, na to sama sobie zarobiłam i mogli mi wskoczyć! Niczego mi nie dali, fachu kodera wyuczyłam się sama, pracowałam na własnym sprzęcie. Wydźwignęłam się ze skutków ich prześladowań i tak minęło ponad osiem lat. Co się dzieje w świecie polityki, to mi dyndało. Aż nastała jesień 2016 r., kiedy znów mnie napadli. Wcześniej też dawali w przykry sposób znać o swoim istnieniu, ale pod koniec 2016 r. nastąpił skomasowany atak. Widać, że mieli wszystko wcześniej opracowane, zaplanowane. I po co skierowali na mnie te swoje maszyny? Jak zwykle, nie wiadomo. Nie wiadomo, ponieważ nikt mi i tym razem powodu nie wyjawił. Żeby wszcząć taki atak, to trzeba być pospolitym, cynicznym bandytą, bez krzty moralności i uczciwości.

A oto najwyższy dowódca nalotu na mnie i mój dom:

oko.press

Noce [2]

Na wstępie poprzedniego wpisu wspomniałam, że po etapie uniemożliwiania mi normalnego snu przez 12 lat, nastąpił etap drugi. Któregoś dnia 2010 r. sympatyczni sąsiedzi z mieszkania bezpośrednio ponad naszym wyprowadzili się. Wkrótce pewnej nocy obudził mnie rumor, stukanie, szuranie dobiegające z tamtego lokalu. Wytrzymałam tak godzinę albo dwie i poszłam na górę. Nowi lokatorzy robili sobie remont, w środku nocy! Zwróciłam tym ludziom uwagę i poszłam do siebie. Troszkę się powściągnęli w hałasowaniu, ale i tak odgłosy dobiegające przez sufit nie dały mi zasnąć. Dziwne, słychać było nawet odgłos zamiatania. Co się okazało? Okazało się mianowicie, że nowi lokatorzy usunęli z podłogi warstwę, którą poprzedni lokatorzy położyli, a która pełniła skutecznie rolę izolacji akustycznej. Co się dalej okazało? Okazało się, że ów lokal, który przed wprowadzeniem się poprzednich lokatorów był strychem, nie został przez nich poprawnie dostosowany do zamieszkania. Strych miał „łysą zupełnie” podłogę, pozbawioną warstw izolacyjnych: przeciwpożarowej, przeciwwodnej i akustycznej. Ci sympatyczni lokatorzy popełnili niestety fuszerkę, bo tylko ułożyli jakieś dykty, które choć skutecznie spełniały rolę izolacji akustycznej, to jednak pod względem przepisów budowlanych były niepoprawne. Gdy tylko zostały usunięte, zaczął się horror – słychać było nawet jak łyżka upada na podłogę i jak ktoś – za przeproszeniem – puszcza bąka. Tak się zaczęło nowe, czteroletnie „wariatkowo”.

Nowi lokatorzy byli to ludzie młodzi, studenci, i mieli mnóstwo koleżanek i kolegów, którzy odwiedzali ich każdego dnia. Na zmianę zmuszona byłam wysłuchiwać a to odgłosów remontu, a to libacji alkoholowych, które – jak wiadomo z definicji – są głośne. W kuchni, mojej sypialni, a zarazem biurze, nie dało się normalnie spać ani pracować. Wina leżała na pewno po stronie urzędu miasta, który nie powinien był zezwolić na zamieszkanie strychu niedostosowanego do roli mieszkania. Wina leżała także po stronie nowych lokatorów, ale tylko od pewnego poziomu decybeli wzwyż, bo przecież trudno wymagać, by ludzie we własnym domu fruwali zamiast chodzić, nie zrzucali łyżeczek na podłogę, nie puszczali bąków, nie prowadzili (normalnego) życia towarzyskiego. Gdy już przekroczyli czerwoną linie decybeli, interweniowałam. Najpierw szłam na górę zwrócić uwagę, a gdy to nie pomagało, dzwoniłam po policję. Patrole policyjne nie potrafiły pojąć tego „skomplikowanego” problemu hałasu ponad miarę, z uwzględnieniem wady mieszkania – byłam dla nich tylko starszą panią, której wszystko przeszkadza. Walcząc z hałasem w ten sposób, równocześnie rozpoczęłam batalię po stosownych urzędach Krakowa, w sprawie wadliwego stropu. Urzędnicy – oczywiście – robili sobie z problemu i ze mnie kpiny. Niczego nie osiągnęłam. Po kilkunastu tygodniach tego piekła zaprosiłam Telewizję Kraków. Ekipa przyjechała, nakręciła materiał filmowy, przeprowadziła ze mną wywiad i pokazała reportaż w telewizyjnych wiadomościach. Pomogło. Wieść o zachowaniu pary głównych lokatorów dotarła do ojca dziewczyny, którym okazał się biznesmen i któremu zależało na opinii. To on był właścicielem mieszkania. W krótkim czasie potem sprzedał je. Ulga nie trwała długo.

Mieszkanie kupił pan, który na stałe mieszka poza Polską. Sto metrów kwadratowych powierzchni podzielił na kilka pokoiczków, które zaczął wynajmować na zasadzie hotelu. Pozajmowali je najpierw grupa studentów, potem robotnicy pewnej firmy. Libacje alkoholowe odbywały się całą dobę na okrągło. Centrum towarzyskie stanowiła ich kuchnia, która położona jest bezpośrednio nad moją kuchnio-sypialnio-biurem. W kuchni postawili fotel na sprężynach, który przy najmniejszym ruchu osoby siedzącej na nim nieznośnie skrzypiał. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że w przepisowym budownictwie warstwa izolacji akustycznej powinna być położona w taki sposób, by nie stykać się z pionowymi ścianami. Tym sposobem wszelkie stukanie o podłogę nie jest przenoszone do innych kondygnacji po ścianach, w górę i w dół. A ponieważ piętro wyżej takiej izolacji nie było, słyszałam wszelkie ruchy na wspomnianym fotelu ­– skrzypienie słyszałam tak, jakby ktoś skrzypiał obok mnie. Ten odgłos był nie do zniesienia zwłaszcza nocą, gdy przyłożyłam głowę do poduszki na moim materacu do spania, ułożonym na podłodze. Opisując „akustycznie” problem, zgodnie z prawem fizyki, odgłos skrzypienia przenosiły ściany i przechodził aż na moją podłogę. Sąsiedzi u góry z impetem zatrzaskiwali drzwi od szafek i zasuwali szufladę. Tłukli się też drzwiami od łazienki i pokoi. Nie oliwili zawiasów w drzwiach od łazienki. Gdy już byli mocno podpici tłukli się stołkami o podłogę, szurali, szamotali się między sobą. Jeden z lokatorów uwielbiał „po pijaku” gadać. Gadał donośnym głosem nawet po kilka godzin, nie bacząc na to czy jest dzień czy noc. Nie interesował ich stan kanalizacji w kuchni, skutkiem czego parę razy zalali mi sufit. Kiedyś zalali mi przedpokój, strużka wody spływała pół centymetra obok puszki od dzwonka do drzwi. Parę razy zarzygali mi a to parapet okna kuchennego, a to balkon. Sumując: stado skretyniałych baranów, upojonych do nieprzytomności wódą i – podejrzewam – narkotykami.

Pisałam maile do właściciela mieszkania, przebywającego za granicą. Zwracałam się do firmy zarządzającej naszym budynkiem. Wzywałam policję mnóstwo razy. Przez cztery lata niczego nie osiągnęłam. Policjantka pewnego patrolu, przymilając się do jednego z uczestników libacji, doradziła mi, żebym sprawiła sobie zatyczki do uszu. Pewien policjant doradził mi, żebym zmieniła mieszkanie. Inny z kolei ostrzegł mnie, że bezpodstawnie wzywając policję narażam się na przykre konsekwencje. Pewnej nocy zaprowadziłam policjantów na mój balkon pokazując rzygowiny. Orzekł cynicznie: ptaszek „naptał”. Rano zrobiłam zdjęcie rzygowin, przydało się potem. Napisałam skargę do Komendy Wojewódzkiej na postępowanie patroli, otrzymałam odpowiedź, że po przeprowadzeniu kontroli, Komenda stwierdza, iż policjanci z patroli postępowali poprawnie. Co jakiś czas odbywały się rozprawy w sądzie, skutkiem moich zgłoszeń. Początkowo uczestniczyłam w nich, potem nie.

Byłam nagminnie niewyspana, pracowałam nad moimi stronami półprzytomna. Pewnego dnia, po CZTERECH nie przespanych nocach udałam się do Komendanta Komendy Miejskiej Policji w Krakowie. Komendant przyjął mnie, wysłuchał i niebawem okazało się, że zajął się sprawą tak jak należy. Udzielił mi sensownych rad. Sprawa trafiła na pobliski posterunek policji i została przydzielona pewnej policjantce „z jajami”. Była chyba jedynym policjantem „z jajami” na tym posterunku. Wreszcie coś się zaczęło dziać zgodnego z logiką. Policjantka wystosowała listy do zarządcy budynku, do właściciela mieszkania, grożąc należycie konsekwencjami. Potraktowano ją poważnie. Uruchomiła dzielnicowego dla tej sprawy, też zrobił co należy. Ewidentnie trzymała stronę moją jako ofiary procederu, a nie jak dotychczas było – winnych. Pewnego dnia, począwszy od wczesnego wieczora na górze w mieszkaniu lokatorzy zaczęli się zachowywać jeszcze głośniej – okazało się to możliwe – niż zazwyczaj. Widziałam potem stan mieszkania po tej nocy: połamane meble, zerwane i zmięte jak gazeta linoleum z podłogi w kuchni – obraz jak po przejściu tornado. W trakcie tej nocy wezwałam – oczywiście – policję, bez przekonania jak zwykle. Przyjechali, ale tym razem ich interwencja wyglądała diametralnie inaczej. Jak w dobrym, kryminalnym filmie. Zapukali do drzwi na górze, po czym nastąpił jakiś tupot, trzaskanie drzwi, krzyki, odgłosy szamotaniny czy nawet bójki. Potem dowiedziałam się, że jeden z pijaków rzucił się na policjanta z pięściami. Wiadomo rzecz jasna, jak się to dla niego skończyło. Po krótkiej chwili, patrzę przez okno, a tu nadjeżdża grupa antyterrorystyczna policji. Wbiegli na górę, znów jakaś szamotanina, krzyki itp., a następnie patrząc przez „judasza” widzę i oczom nie wierzę: moi sąsiedzi z góry leżą porozkładani po schodach, pospinani kajdankami po dwóch. Pogrom! Szczyt szczęścia! Cztery lata na to czekałam!

Noce [1]

Kilkanaście lat bez normalnego snu. Pierwszy etap trwał prawie dwanaście lat, drugi równo cztery. Przez pierwsze dwanaście lat uniemożliwiano mi zaśnięcie z różną częstotliwością – co noc, co dwie, co trzy, czasem dwie noce pod rząd. Bywały okresy nieco lżejsze, ale na krótko, bywały też okresy szczególnej aktywności bandytów i okrucieństwa. Przeważnie bezsenne noce trwały do białego rana, a czasem do pierwszej, drugiej lub trzeciej godziny. Za dnia nie pozwalano mi nocy odsypiać, na palcach jednej ręki można policzyć dni, podczas których po ciężkich nocach dano mi pospać godzinę, dwie, trzy. Zresztą w domu warunki mam takie, że ciężko wygospodarzyć moment, by nadrobić straconą noc. Mieszkam bowiem w niedużej kuchni, która jest jednocześnie kuchnią, moim biurem, a zarazem sypialnią. Nie mieszkałam i nie mieszkam przecież sama, a kuchnia – wiadomo – stale jest domownikom potrzebna. Ponadto nie mogłam liczyć na zrozumienie domowników, ponieważ metoda katowania mnie brakiem snu była – mówiąc oględnie – nie do opowiedzenia. Jedyna rada, jaką usłyszałam od „wyrozumiałej” matki brzmiała: to kup sobie jakieś pigułki na sen. Ochrzaniła mnie za to parę razy, że marnuję po nocach prąd świecąc światło lampki nocnej. Chcąc uniknąć jej ględzenia, siedziałam w bezsenne noce przy świetle komputerowego ekranu, gdy już komputer miałam. Tak więc po cichu i po ciemku gdy nie mogłam wytrzymać już w łóżku, poruszałam się po kuchni jak kret albo jak żyd ukrywający się podczas II Wojny Światowej. Budzono mnie przesyłając na umysł słowa, obrazy, wrażenia – z wielkim, bywało ze skrajnym sadyzmem. Jakiś niewyobrażalny debilizm krył się za tym bestialstwem. Podczas jednej nocy zajmowało się mną prawdopodobnie kilku bandytów na zmianę. Każdy z nich czuwał z najwyższą uwagą, bo gdy pomimo przesyłanych mi przekazów ogarniał mnie błogi stan, jaki pojawia się w momencie zasypiania, natychmiast gwałtownie reagowali. Dokładnie w takim momencie. Z tego wynika, że czuwali z takim natężeniem uwagi, jakby co najmniej prowadzili F-16 podczas powietrznego boju.

Jeden gnojek przesyłał mi obrazy abstrakcyjne, o niezwykle intensywnych barwach, inny z kolei długotrwałe błyski światła, co odbierałam w taki sposób jakby ktoś silną lampą świecił mi prosto w oczy. Trwało to nieraz po kilka godzin, może dwie, po czym metody się zmieniały. Był jeszcze i taki „geniusz”, który przesyłał jakieś specjalne fale uniemożliwiające zaśnięcie, mimo iż panowała w mojej głowie cisza i nie przesyłano żadnych obrazów. Odbywały się też rozmowy dwóch czy więcej osób – rozmowy słowne lub polegające na wymianie myśli. Bywały przekazy fal oddziałujące na organizm w sposób niezwykle wkurzający. Przeżywałam podczas takich nocy niewyobrażalną gehennę. Szalałam, płakałam, próbowałam pracować nad stronami, próbowałam opisywać sadyzm bandytów. Którejś nocy otworzyłam okno i zaczęłam głośno wrzeszczeć, doprowadzona do ostateczności. Oni nie zwracali się do mnie jak do człowieka, o nic nie pytali, niczego nie chcieli. Po prostu bili.

Dnie następujące bezpośrednio po takich nocach były straszne. Czułam się jak ciężko chora, wielkim wysiłkiem było nawet wspinanie się po schodach – byłam tak umordowana, że ciało odmawiało posłuszeństwa i wstępowanie po schodach krok za krokiem wykonywałam nadludzkim wysiłkiem woli, a z oczu płynęły mi strumieniami łzy. Nie wychodziłam w takie dnie nigdzie daleko, najwyżej do pobliskiego sklepu po coś niezbędnie koniecznego, bo nie do opanowania płacz dopadał mnie byle gdzie – w sklepie, na ulicy. Przepadały mi niejednokrotnie terminy do lekarza. Bałam się iść do dentysty, wolałam nawet cierpieć z bolącym zębem, bo wiedziałam, że na fotelu dentystycznym na pewno rozpłaczę się jak małe dziecko. Byłam jak przepełniony dzban, wystarczyło jedno dotknięcie, bym rozkleiła się zupełnie. Starałam się panować nad sobą cały dzień wyczekując wieczora, bo po zachodzie słońca – co ciekawe – moje okropne samopoczucie łagodniało, natomiast gwarancji, że tej nocy usnę nie było żadnej. Pamiętam jeszcze, że zaraz po zjedzeniu obiadu każdorazowo przechodziłam głębszy kryzys. Widocznie resztki moich sił skupiały się na trawieniu. Po pewnym czasie rozszalało się moje ciśnienie, musiałam zacząć brać lek na nadciśnienie, a nadciśnienie jest to choroba, która już nigdy się nie cofa, nawet gdy przyczyna ustaje.

Po pewnym czasie, naturalnym biegiem losu z domowników pozostałyśmy w domu same, ja i matka. Matka to osoba o ciężkim charakterze i niedoskonałościach psychicznych i moralnych, co zostało skrzętnie przez moich wrogów wykorzystane. Nigdy nie chciałam z nią mieszkać, ale wróg mój postarał się, by wszystkie moje dążenia do samodzielności mieszkaniowej zostały unicestwione. Utkwiłam więc w kuchni wciąż łudząc się, że to tylko sytuacja chwilowa. Okazało się, że nie chwilowa. Matka stawała się potworem coraz bardziej, wzniecała awantury, kompletnie nielogiczne i bez powodu, z głębokim przeświadczeniem, że ona jest ta lepsza, a ja gorsza i w ogóle najgorsza. Gdyby jej słowa mogły zabijać, już bym nie żyła. Pomyślałby ktoś, że opowiadam o zwykłym rodzinnym konflikcie, jakich wiele. Nie, to nie był i nie jest zwykły konflikt, lecz sytuacja wysterowana metodą kontaktu bezpośredniego. Obie jesteśmy pionkami w grze tajnych oprawców. Pewnie dumni są z tego, że tkwiąc w szeregach tajnych służb Polski i pod nosem innych pracowników tych służb udało im się skonstruować taki właśnie rodzinny kocioł.

Oczywiście pojawia się pytanie, dlaczego ja? Dekady całe, odkąd zauważyłam nienaturalne zainteresowanie mną ze strony tajnych sił, szukałam odpowiedzi. Teraz już wiele rozumiem, ale nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, jak mogł dojść do tak rekordowego okrucieństwa, wartego zapisu w Księdzie Guinnessa. Przerobiłam Nowy Testament (choć jestem ateistką), wyoglądałam mnóstwo ambitnych filmów, prawie wyłącznie amerykańskich, i w końcu zaczęłam się zastanawiać, co to jest tak naprawdę „homo sapiens”.  W teorii wyglądamy całkiem nieźle, lecz w praktyce – piekło na Ziemi. Czytając, oglądając, analizując i rozmyślając, pisząc listy i przeprowadzając rozmowy dociekłam, że za moim losem kryje się wielka polityka. Można się przerazić wiedząc, jak niskie pobudki rządzą naszym, ludzkim losem. I tacy przedstawiciele naszego gatunku istot żywych dysponują niszczycielską techniką, którą bez żadnych oporów moralnych stosują przeciwko ludności. Mieliśmy epokę fascynacji bronią atomową, a teraz – bronią psychotroniczną, za pomocą której przywódcy pewnych państw mogą wreszcie realizować swój odwieczny sen o niczym nie ograniczonym sprawowaniu rządu dusz. Gdyby popatrzeć na nasz glob z wysokości kosmosu, jakby patrzyli na nas kosmici, można by zobaczyć, że „homo sapiens” wyniszcza techniką swój niepowtarzalny i jedyny w świecie istot żywych walor, tj. mózg i intelekt. Największym dla ludzkości w tej chwili problemem jest, czy Stany Zjednoczone są czy nie są największą potęgą świata, o co najbardziej boli głowa samych Amerykanów.  Nikt chyba nie wątpi, że pomiędzy USA a istnieniem wspomnianej techniki związek jest.

Nadal jednak nie wyjaśniłam, dlaczego ja. Odpowiedź jest prosta: powodu do wrogiego zainteresowania mną po prostu nie ma i nie było. Powód owszem jest, lecz znajduje się po tej drugiej stronie. Jak w westernie: to oni są ci źli, a ja ta dobra. Nie odwrotnie. Podobnie było z Irakiem: zakazanej broni po prostu nie znaleziono, ale i tak Irak został przez Amerykanów zrujnowany, tu jest to dobrze opisane (artykuł piąty od końca w spisie). Oto drugie „po prostu”, o służbach: do domu cywili się nie wchodzi, jeśli nie jest to uzasadnione prawem. Jeśli ktoś popełnia wtargnięcie do domu osoby cywilnej, to jest to zło. Nie osoba cywilna jest zła, lecz agresor. Nie odwrotnie. Amerykanie nawymyślali rozmaite powody wprowadzenia u siebie prawa do nieograniczonej inwigilacji ludności cywilnej, co jakimś cudem rozlało się po krajach takich jak Polska, skutkiem czego a to w ramach antykomunizmu, a to antyterroryzmu popełniany jest przez służby państwowe terror przy zastosowaniu nieludzkiej broni polegającej na oddziaływaniu na odległość na ludzki organizm.

Święta Wielkanocne, czyli polski dżihad [2]

Jak biją? Falami. Siedzi taki bandyta przy urządzeniu, przy pomocy którego emituje fale. Fale docierają do mnie pokonując drogę jak sygnał telefonu komórkowego z telefonu A do telefonu B. Ja jestem takim telefonem B. Od paru tygodni „spece od ofensywy” biją nową metodą, polegającą na zadawaniu fizycznego tępego bólu, a to na plecach, a to w prawym boku, a to pod biustem, a to w prawym biodrze. Ból skacze po mnie to tu to tam nagle, bez uprzedzenia, zupełnie jakby ktoś okładał mnie kijem, albo jest ciągły jakby ktoś uciskał miejsce na moim ciele czymś ciężkim i twardym, trwa przez dłuższą chwilę, do kilku godzin nawet, z krótkimi przerwami przewidzianymi na moje złudzenia, że może już przestał bić. Dziś bił od 22.00 do trzeciej nad ranem. Na moje próby porozumienia typ rozbrajająco orzekł, że on przecież nie „bije”, lecz „wije”. Po pięciu latach i kilku miesiącach (na tym etapie, bo było tych etapów wiele) bicia mnie coraz to innymi metodami nikt już chyba w to nie wierzy, nawet on sam. W tłumaczeniu na polski, czasownik „wije” oznacza, że bita jestem w jakimś celu, jakiś cel ma zostać skutkiem tego bicia uwity. Co byś powiedział takiemu katowi w trakcie bicia? Na pewno chciałbyś się dowiedzieć, dlaczego jesteś bity i kto to zlecił. W tym momencie pojawia się dylemat, czy winny jest zleceniodawca, czy wykonawca, a jeszcze jakiś czas temu dylemat ten – słyszałam – był w środowisku wijo-bijów roztrząsany. Odsyłam więc do mojego wpisu, gdzie w nagraniach audio pada odpowiedź: ‘Film pt. „Hannah Arendt” (2012)’

Według oceny czynów Eichmanna, o których film opowiada, winny jest zarówno wykonawca, jak i zleceniodawca. Również zgodnie z prawem kryminalnym winny jest zarówno zabójca, jak i ten kto nakłania do zabójstwa.

Czy kraj, który zatrudnia takich zleceniodawców i wykonawców katowania mnie, może liczyć na szacunek w świecie? Pod względem moralnym nie wiem co bardziej boli, czy to, że ktoś daje upust swej nienawiści do mnie lub realizuje nienawiść jakiegoś zwierzchika i to bardzo odległego geograficznie, traktując mnie jak rzecz, czy to, że służby polskie widząc i wiedząc o procederze zachowują bierność. Innymi słowy: w jakim kraju ja żyję??! Służby polskie tolerują lub wręcz współpracują z siatką popełniającą opisane tu czyny. Po co Polsce taka „piąta kolumna”?? Ona istnieje i działa dla dobra narodu polskiego?? O ile się założymy, że na Ukrainie też działała i działa podobna „piata kolumna”? I podobnie jak w Polsce pierze się ludziom mózgi, technicznie i propagandą, aby jak barany, oduczeni myślenia, atakowali wskazany im cel. Kat, a zarazem ofiara – też schemat znany z hitlerowskich obozów zagłady, gdzie faszystowscy oprawcy typowali wybranych więźniów na nadzorców, a potem i tak ich zabijali. Kat, a zarazem ofiara przypomina mi dzisiejszych zamachowców-samobójców.

Dobrze opisany problem: „Ludzie z Auschwitz: kaci i ofiary”

Święta Wielkanocne, czyli polski dżihad [1]

I co ja mam o takim kraju powiedzieć? Jeden bije, reszta patrzy. Całe życie postępuję rozumowo, z troską – oczywiście – o własne interesy. Rozważam, analizuję, poszukuję wiedzy, na własny koszt i z własnej inicjatywy. Nie oskarżam pochopnie, daję spory kredyt wyrozumiałości. I po co? Po gówno.

Cały czas nawet nie próbuję dociec odpowiedzi, za co jestem bita. Nie interesuje mnie to, ludzi po prostu nie należy bić. I tyle. Ci, którzy biją, są w moich oczach całkowicie zdyskwalifikowani. To śmietnik. Ci, którzy patrzą i nie przeciwdziałają, to też śmietnik. Zastanawiam się jedynie nad tym, jaki jest skutek dla kraju istnienia takich mend w szeregach armii i służb polskich. Bo wprawdzie mnie nie interesuje to, za co mnie biją, ale oni biją w imię czegoś tam. Nawet jeśli sam taki bydlak robi to dla kasy, to gdzieś tam ponad nim, może nawet aż w Waszyngtonie i/lub Londynie itd. jest to bicie mile widziane, o ile nie wręcz zlecone. Pewnikiem jest, że istnienie takich mend w szeregach armii i służb Polsce nie służy. Ale komuś służy gdzieś tam, może nawet w Waszyngtonie i/lub Londynie itd.

Dla przypomnienia: napisałam mnóstwo listów, które nie dość że zawierały cenną dla Polski wiedzę, to jeszcze demaskowały cele, metody i motywy Stanów Zjednoczonych, na podstawie ich reakcji lub braku reakcji. To samo – odnośnie innych krajów świata. Czyli listy były pod kontem wywiadowczym wartościowe. Jednak okazało się, że dla służb Polski bardziej wartościowi są oprawcy na usługach czyichś, gdzieś tam może w Waszyngtonie i/lub Londynie itd. Najwyraźniej „bohaterowie” służb Polski wolą otrzymywać gotową papkę z USA, może Wielkiej Brytanii itd., niż zbierać wiedzę obiektywną, wynikającą z pracy Polki! Polka dla nich znaczy tyle co gówno w przeręblu, podobnie jak dla USA, może też dla Wielkiej Brytanii itd. Wspomniane listy jest to tylko jedno z moich rozlicznych dążeń. Znaczą dla służb polskich – jak widać – tyle samo, co listy. „Hipopotam jest istotą, która bardzo lubi błoto.” /Wanda Chotomska/

Czyli ja i służby Polski stoimy po przeciwnych stronach, i to już od bardzo, bardzo, bardzo dawna. Nasze cele są sprzeczne. Wasza oferta dla mnie, wspierania Polski w roli worka do bicia, mi nie odpowiada. Ani teraz, ani nigdy wcześniej. Bezmózgowcy z pałą mi nie imponują! Są w świecie lepsze autorytety!

Amerykanie, przestańcie robić ze mnie ibn Ladina i Marilyn Monroe, na przemian!

Na tej stronie internetowej parę razy wyraziłam swoje stanowisko w kwestii atakowania mnie falami, nazywając te ataki jednoznacznie atakami. Widać, nie jest to jeszcze dla USA zbyt jasno napisane. A więc dopełniam: służby posługujące się bronią psychotroniczną nawiedzają mnie i mój dom nie w celu współpracy, lecz w formie agresji. Tak się zaczęło dekady temu i tak jest po dziś dzień. To powinno być Stanom Zjednoczonym wiadome, ponieważ lata temu wysłałam do władz USA bardzo dużo listów poświęconych tematowi ataków i stosowania wobec mnie broni psychootronicznej. Listy wysyłałam a to poprzez konsulat, a to poprzez ambasadę, a nawet bezpośrednio do Kongresu USA i samego prezydenta. Odpowiedzi nigdy żadnej nie otrzymałam.

Domagam się zaprzestania intryg mających na celu stwarzanie pozorów, że prowadziłam czy prowadzę jakąś działalność za pośrednictwem służb nawiedzających mój dom. Jestem i byłam osobą cywilną. Uważam, że współpraca osoby cywilnej ze służbami państwowymi powinna odbywać się według reguł ściśle określonych prawem i cywilizowanymi obyczajami. Natomiast taka współpraca ze służbami zagranicznymi jakiegoś innego kraju jest niedopuszczalna i prawnie karana jako na przykład szpiegostwo czy dywersja. Nigdy nie podejmowałam się takiej roli.

„Как на Украине появилось электромагнитное оружие”

Украинский «Спецтехноэкспорт» (входит в ГК «Укроборонпром») сообщил о создании электромагнитного оружия, предназначенного для поражения радиоэлектронных средств, включая системы энергопитания и системы передачи данных.

Принципиально нового украинский оборонно-промышленный комплекс ничего создать не может. Вероятно, речь идет еще о советской разработке, которая еще называлась электромагнитным импульсом.

Такие виды оружия создавались и испытывались в СССР хотя бы для того, чтобы разработать средства защиты от них, потому что в случае подрыва крупного боеприпаса немедленно создавалась угроза для систем боевого управления, связи и разведки, которые, грубо говоря, выжигались.

В СССР еще 1980-ые годы эта тема получила развитие, особенно когда Рейган в начале 80-ых говорил о возможностях размещения оружия в космосе. Кроме того, фундаментальные научно-исследовательские и опытно-конструкторские работы в этой области в последние годы на Украине не велись, так что я уверен, что заявление о создании чего-то принципиально нового на Украине — фейк.

Они просто взяли старую наработку, назвали по-украински, а потом выдали за новое электромагнитное оружие. Следуя данной логике, можно любой утюг переименовать и выдать за новый вид оружия.

rns.online , viperson.ru

Tłumaczenie w/g Google :

Jak pojawiła się broń elektromagnetyczna na Ukrainie

Ukraiński Spetstechnoexport (część Grupy Kapitałowej Ukroboronprom) ogłosił powstanie broni elektromagnetycznej przeznaczonej do niszczenia sprzętu elektronicznego, w tym systemów zasilania i transmisji danych.

Ukraiński kompleks wojskowo-przemysłowy nie może stworzyć niczego fundamentalnie nowego. Prawdopodobnie mówimy o rozwoju sowieckim, zwanym także impulsem elektromagnetycznym.

Tego typu bronie były tworzone i testowane w ZSRR, choćby w celu opracowania środków ochrony przed nimi, ponieważ w przypadku detonacji dużej amunicji natychmiast stworzono zagrożenie dla systemów kierowania walką, łączności i wywiadu, które: z grubsza wypalili.

W ZSRR, jeszcze w latach 80., temat ten został rozwinięty, zwłaszcza gdy na początku lat 80. Reagan mówił o możliwości umieszczenia broni w kosmosie. Ponadto podstawowe prace badawczo-rozwojowe w tym obszarze nie były prowadzone na Ukrainie w ostatnich latach, więc jestem pewien, że stwierdzenie o stworzeniu czegoś fundamentalnie nowego na Ukrainie jest fałszywe.

Po prostu wzięli starą pracę, nazwali ją po ukraińsku, a następnie przekazali ją jako nową broń elektromagnetyczną. Kierując się tą logiką, możesz zmienić nazwę dowolnego żelaza i przekazać je jako nowy typ broni.

A tu dokładniej o broni elektromagnetycznej na Ukrainie, w Charkowie:

ukrinform.ru

Zabiliście nas!

Znam takie określenia jak: broń psychotroniczna, psychotronika, broń elektromagnetyczna, broń skierowana. Nie jestem zawodowcem w tej dziedzinie, ale wiem, że taka broń istnieje, choć nie mam pewności, czy dokładnie rozumiem znaczenie wymienionych tu określeń. Dla ludzi, którzy tym tematem się nie interesują, bo nie muszą lub nie chcą, dziedzina ta jest czarną magią, zaliczają ją do science-fiction lub sądzą, że to sprawa dopiero dalekiej przyszłości. Dziwią mnie niedowiarki, bo przecież nie trzeba być fizykiem, by skojarzyć, że odbieranie słabiutkich sygnałów emitowanych przez mózg i ciało jest w dzisiejszych czasach wykonalne. Nie za sprawą cudu NASA uzyskuje dane z krańców galaktyki, steruje swoimi łazikami na Marsie i nie za sprawą cudu działają nasze smartfony, które bez żadnego przewodu drogą powietrzną przesyłają i odbierają sygnały.

Po mózgu krąży prąd elektryczny – to dzięki niemu myślimy, czujemy, rozumiemy. Fizycy, matematycy, chemicy, biolodzy i psychologowie łączą swe siły, aby śledzić jego ścieżki. Wspierając się wzajemnie, coraz lepiej rozumieją, w jaki sposób i gdzie ów prąd powstaje, dlaczego w danym momencie biegnie akurat do tego a nie innego miejsca.

„Myśli i uczucia płyną z prądem”

Nasze polskie służby i wojsko są w posiadaniu urządzeń pełniących rolę broni psychotronicznej, elektromagnetycznej,  skierowanej. Osiągnęli wysokie umiejętności, posługują się tymi urządzeniami z dużą precyzją, a nawet perfidią. Zostali doskonale przygotowani, z przysłowiową amerykańską perfekcją, pod względem psychologicznym – z psychologii terroru i okrucieństwa. Ale czy dla obrony narodu? Na podstawie moich doświadczeń wnioskuję, że nie dla obrony narodu, lecz realizacji celów strategii zachodniej, w tym Stanów Zjednoczonych. Może przede wszystkim Stanów Zjednoczonych? Co to za różnica? Jawią się całemu światu wraz z innymi krajami zachodnimi jako jeden solidarny front, a pokłócić się mogą między sobą co najwyżej w kwestii podziału łupów. A które państwo temu frontowi przewodzi, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Tak oto, mamy służby i wojsko świetnie przygotowane do wojny… w obronie zachodnich interesów. Do tego stopnia przygotowane, że nasi teoretyczni obrońcy nabyli umiejętność bicia przedstawicieli narodu polskiego, swoich rodaków, a to bez dociekania, po co i dlaczego wystawiono tą czy inną ofiarę na cel.

„Amerykańscy dyplomaci mogli być poddani działaniu szkodliwej energii elektromagnetycznej” PAP

Gdybym nie znała faktów, popłakałabym się nad losem amerykańskich dyplomatów potraktowanych bronią elektromagnetyczną! Śmiesznie mało przekazują Amerykanie do publicznej wiadomości na temat możliwości tej techniki. Dowiadujemy się, że poszkodowani cierpią na tzw. „Syndrom hawański”, a oto skromny opis skutków oddziaływania tej broni:

„Syndromem hawańskim” określa się zespół dolegliwości, w tym zawroty i bóle głowy, karku, a także nudności, przemęczenie, problemy ze słuchem, ciśnieniem tętniczym krwi, pamięcią, czy poważniejsze zaburzenia pracy mózgu.

„Amerykańscy dyplomaci mogli być poddani działaniu szkodliwej energii elektromagnetycznej” PAP

Wymienione dolegliwości wobec rzeczywistych możliwości tej techniki to niewinne pieszczoty. Przecież technika psychotroniczna to straszna, makabryczna broń. Polska jest w nią wyposażona. Jednocześnie psychologicznie przystosowano obsługujących ją żołnierzy i pracowników służb, by ślepo przyjmując rozkazy zdolni byli godzić w swoich rodaków.

Mięso armatnie czy worki z ziemniakami?

Ponad osiem lat pracowałam nad internetowymi stronami, głównie jako koder, czasem jako grafik. Miałam 123 klientów, dla niektórych wykonałam po kilka stron. Dzięki mojej pracy zaistniało w Internecie dość sporo stron. Myślę, że mogę śmiało stwierdzić, że w pojedynkę osiągnęłam dużo – mam się czym pochwalić.

Wracam czasem do moich prac, przyglądam im się w Internecie, w 99%-tach jestem z siebie zadowolona. No, może w 95%-ciu, ale przecież nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej, o czym każdy koder wie. Moje strony wyglądają i działają całkiem profesjonalnie. Naprawdę jakby nie powstawały w kuchni. W niedużej kuchni 2 na 3 m kw., w kącie obok kaloryfera.

Za plecami matka choleryczka ciska garami nie zważając na to że pracuję, co chwilę zadaje pytania jak do podkuchennej jakiejś, a to na odmianę gulgoce przekleństwa wściekła na cały świat i mnie. Ponieważ na każdą moją prośbę o spokój dostaje szału, rzadko kiedy reaguję. Kulę się w sobie, usilnie koncentruję na moich kodach – znoszę to, bo prymitywna awantura szarpie moje nerwy i wytrąca z równowagi na długie godziny, uniemożliwiając pracę nie mniej niż ten chamski za plecami rumor. Udało mi się wypracować jeden sukces: już nie dostaje szału, gdy odmawiam próbowania gotowanych przez nią potraw. Nasze gusty kulinarne różnią się, a na krytykę reaguje w skali od prychnięcia ze wzrokiem pełnym morderczej nienawiści, po wielodniową obrazę poprzedzoną inwektywami. Nie udało mi wypracować sukcesu w kwestii kipienia. Zrywam się niejednokrotnie, biegnę w kierunku kuchenki na złamanie karku, bo garnek szczelnie przykryty, płomień gazu na full, a mamcia ogląda telewizję w pokoju.

W takiej oto scenerii powstawały moje strony. W pewnym momencie zarejestrowałam sobie firmę – miałam więc firmę całkiem serio, z opłacaniem podatków i składek ZUS. Klientów ani kontrahentów-grafików do domu, do tej kuchni zapraszać oczywiście nie mogłam, kontaktowaliśmy się online. A dlaczego mam takie podłe warunki? Bo jakiś skurwiel prześladowca uczepił się mnie wiele, wiele lat temu i wraz ze swoją bandą, uważaną za legalne służby państwowe, torpedował wszystkie moje życiowe cele. A ponieważ w kraju zapanowała ślepa wiara w to, że w III Rzeczypospolitej prześladowców już nie ma, to dlatego nie udało mi się „upolować” tego zwyrodnialca i uzyskać pomocy należnej mi z racji prawa polskiego i międzynarodowego. W międzyczasie okazało się, że nici od „mojego” zwyrodnialca i jego bandy wiodą aż poza granice naszego kraju, na Zachód. A Zachód w dupie ma tą jakąś „brudną Polkę”, natomiast zwyrodnialcy i wszelkie bandy są bardzo mile widziani. Zachód generalnie wrzucił nas, Polaków, do grupy państw, które nadają się wraz z ludnością do wyzyskania, bo do czego innego dawne demoludy – według Zachodu – się nie nadają.

Bestialskie czasy nastały. Osoby cywilne w rejonach działań służb specjalnych i wojska bywają traktowane w sposób absolutnie nieludzki. W rejonach konfliktów zbrojnych, gdzie spadają bomby i odbywają się starcia wojsk, okrucieństwo wobec ludności cywilnej jest oczywiste. Niszczy się dobytek osób cywilnych, ich domy, narażone są na rany, a nawet śmierć. Tracą nieraz dorobek całego życia. Takie tragedie da się opowiedzieć i udokumentować. Da się też udzielić pomocy humanitarnej. Natomiast tragedie osób cywilnych w wyniku działań zakamuflowanych, przeprowadzanych przez służby tajne, w tym wojskowe, pozostają poza wiedzą opinii publicznej. Nie ma możliwości je udokumentować, a nawet ciężko opowiedzieć, bo mogą wydać się nieprawdziwe.

Osoby cywilne w czasie działań wojennych podlegają ochronie. Zabronione są ataki na ludność cywilną jako taką lub na osoby cywilne, zabronione są też akty i groźby przemocy, których głównym celem jest zastraszenie ludności cywilnej oraz ataki bez rozróżnienia (nie skierowane przeciwko określonemu celowi wojskowemu). Szczegółowo opisuje to Pierwszy Protokół Genewski (1978) w art. 51.

Wikipedia

W udowadnianiu poważnych przestępstw popełnianych przez „czarne owce” w służbach polskich i wojsku, służby te uczestniczyć nie chcą. Wykonałam bowiem kilka kroków, wysłałam pisma powiadamiające w kilka ważnych miejsc, z nadzieją (choć bardzo słabą), że może służby zechcą wesprzeć mnie dowodami, którymi dysponują. Najcięższe z przewinień – jak się okazuje – tolerowanych to: nieludzkie traktowanie i tortury, niewolnicze wykorzystywanie osoby cywilnej, działania rozbójnicze.