Noce [2]

Na wstępie poprzedniego wpisu wspomniałam, że po etapie uniemożliwiania mi normalnego snu przez 12 lat, nastąpił etap drugi. Któregoś dnia 2010 r. sympatyczni sąsiedzi z mieszkania bezpośrednio ponad naszym wyprowadzili się. Wkrótce pewnej nocy obudził mnie rumor, stukanie, szuranie dobiegające z tamtego lokalu. Wytrzymałam tak godzinę albo dwie i poszłam na górę. Nowi lokatorzy robili sobie remont, w środku nocy! Zwróciłam tym ludziom uwagę i poszłam do siebie. Troszkę się powściągnęli w hałasowaniu, ale i tak odgłosy dobiegające przez sufit nie dały mi zasnąć. Dziwne, słychać było nawet odgłos zamiatania. Co się okazało? Okazało się mianowicie, że nowi lokatorzy usunęli z podłogi warstwę, którą poprzedni lokatorzy położyli, a która pełniła skutecznie rolę izolacji akustycznej. Co się dalej okazało? Okazało się, że ów lokal, który przed wprowadzeniem się poprzednich lokatorów był strychem, nie został przez nich poprawnie dostosowany do zamieszkania. Strych miał „łysą zupełnie” podłogę, pozbawioną warstw izolacyjnych: przeciwpożarowej, przeciwwodnej i akustycznej. Ci sympatyczni lokatorzy popełnili niestety fuszerkę, bo tylko ułożyli jakieś dykty, które choć skutecznie spełniały rolę izolacji akustycznej, to jednak pod względem przepisów budowlanych były niepoprawne. Gdy tylko zostały usunięte, zaczął się horror – słychać było nawet jak łyżka upada na podłogę i jak ktoś – za przeproszeniem – puszcza bąka. Tak się zaczęło nowe, czteroletnie „wariatkowo”.

Nowi lokatorzy byli to ludzie młodzi, studenci, i mieli mnóstwo koleżanek i kolegów, którzy odwiedzali ich każdego dnia. Na zmianę zmuszona byłam wysłuchiwać a to odgłosów remontu, a to libacji alkoholowych, które – jak wiadomo z definicji – są głośne. W kuchni, mojej sypialni, a zarazem biurze, nie dało się normalnie spać ani pracować. Wina leżała na pewno po stronie urzędu miasta, który nie powinien był zezwolić na zamieszkanie strychu niedostosowanego do roli mieszkania. Wina leżała także po stronie nowych lokatorów, ale tylko od pewnego poziomu decybeli wzwyż, bo przecież trudno wymagać, by ludzie we własnym domu fruwali zamiast chodzić, nie zrzucali łyżeczek na podłogę, nie puszczali bąków, nie prowadzili (normalnego) życia towarzyskiego. Gdy już przekroczyli czerwoną linie decybeli, interweniowałam. Najpierw szłam na górę zwrócić uwagę, a gdy to nie pomagało, dzwoniłam po policję. Patrole policyjne nie potrafiły pojąć tego „skomplikowanego” problemu hałasu ponad miarę, z uwzględnieniem wady mieszkania – byłam dla nich tylko starszą panią, której wszystko przeszkadza. Walcząc z hałasem w ten sposób, równocześnie rozpoczęłam batalię po stosownych urzędach Krakowa, w sprawie wadliwego stropu. Urzędnicy – oczywiście – robili sobie z problemu i ze mnie kpiny. Niczego nie osiągnęłam. Po kilkunastu tygodniach tego piekła zaprosiłam Telewizję Kraków. Ekipa przyjechała, nakręciła materiał filmowy, przeprowadziła ze mną wywiad i pokazała reportaż w telewizyjnych wiadomościach. Pomogło. Wieść o zachowaniu pary głównych lokatorów dotarła do ojca dziewczyny, którym okazał się biznesmen i któremu zależało na opinii. To on był właścicielem mieszkania. W krótkim czasie potem sprzedał je. Ulga nie trwała długo.

Mieszkanie kupił pan, który na stałe mieszka poza Polską. Sto metrów kwadratowych powierzchni podzielił na kilka pokoiczków, które zaczął wynajmować na zasadzie hotelu. Pozajmowali je najpierw grupa studentów, potem robotnicy pewnej firmy. Libacje alkoholowe odbywały się całą dobę na okrągło. Centrum towarzyskie stanowiła ich kuchnia, która położona jest bezpośrednio nad moją kuchnio-sypialnio-biurem. W kuchni postawili fotel na sprężynach, który przy najmniejszym ruchu osoby siedzącej na nim nieznośnie skrzypiał. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że w przepisowym budownictwie warstwa izolacji akustycznej powinna być położona w taki sposób, by nie stykać się z pionowymi ścianami. Tym sposobem wszelkie stukanie o podłogę nie jest przenoszone do innych kondygnacji po ścianach, w górę i w dół. A ponieważ piętro wyżej takiej izolacji nie było, słyszałam wszelkie ruchy na wspomnianym fotelu ­– skrzypienie słyszałam tak, jakby ktoś skrzypiał obok mnie. Ten odgłos był nie do zniesienia zwłaszcza nocą, gdy przyłożyłam głowę do poduszki na moim materacu do spania, ułożonym na podłodze. Opisując „akustycznie” problem, zgodnie z prawem fizyki, odgłos skrzypienia przenosiły ściany i przechodził aż na moją podłogę. Sąsiedzi u góry z impetem zatrzaskiwali drzwi od szafek i zasuwali szufladę. Tłukli się też drzwiami od łazienki i pokoi. Nie oliwili zawiasów w drzwiach od łazienki. Gdy już byli mocno podpici tłukli się stołkami o podłogę, szurali, szamotali się między sobą. Jeden z lokatorów uwielbiał „po pijaku” gadać. Gadał donośnym głosem nawet po kilka godzin, nie bacząc na to czy jest dzień czy noc. Nie interesował ich stan kanalizacji w kuchni, skutkiem czego parę razy zalali mi sufit. Kiedyś zalali mi przedpokój, strużka wody spływała pół centymetra obok puszki od dzwonka do drzwi. Parę razy zarzygali mi a to parapet okna kuchennego, a to balkon. Sumując: stado skretyniałych baranów, upojonych do nieprzytomności wódą i – podejrzewam – narkotykami.

Pisałam maile do właściciela mieszkania, przebywającego za granicą. Zwracałam się do firmy zarządzającej naszym budynkiem. Wzywałam policję mnóstwo razy. Przez cztery lata niczego nie osiągnęłam. Policjantka pewnego patrolu, przymilając się do jednego z uczestników libacji, doradziła mi, żebym sprawiła sobie zatyczki do uszu. Pewien policjant doradził mi, żebym zmieniła mieszkanie. Inny z kolei ostrzegł mnie, że bezpodstawnie wzywając policję narażam się na przykre konsekwencje. Pewnej nocy zaprowadziłam policjantów na mój balkon pokazując rzygowiny. Orzekł cynicznie: ptaszek „naptał”. Rano zrobiłam zdjęcie rzygowin, przydało się potem. Napisałam skargę do Komendy Wojewódzkiej na postępowanie patroli, otrzymałam odpowiedź, że po przeprowadzeniu kontroli, Komenda stwierdza, iż policjanci z patroli postępowali poprawnie. Co jakiś czas odbywały się rozprawy w sądzie, skutkiem moich zgłoszeń. Początkowo uczestniczyłam w nich, potem nie.

Byłam nagminnie niewyspana, pracowałam nad moimi stronami półprzytomna. Pewnego dnia, po CZTERECH nie przespanych nocach udałam się do Komendanta Komendy Miejskiej Policji w Krakowie. Komendant przyjął mnie, wysłuchał i niebawem okazało się, że zajął się sprawą tak jak należy. Udzielił mi sensownych rad. Sprawa trafiła na pobliski posterunek policji i została przydzielona pewnej policjantce „z jajami”. Była chyba jedynym policjantem „z jajami” na tym posterunku. Wreszcie coś się zaczęło dziać zgodnego z logiką. Policjantka wystosowała listy do zarządcy budynku, do właściciela mieszkania, grożąc należycie konsekwencjami. Potraktowano ją poważnie. Uruchomiła dzielnicowego dla tej sprawy, też zrobił co należy. Ewidentnie trzymała stronę moją jako ofiary procederu, a nie jak dotychczas było – winnych. Pewnego dnia, począwszy od wczesnego wieczora na górze w mieszkaniu lokatorzy zaczęli się zachowywać jeszcze głośniej – okazało się to możliwe – niż zazwyczaj. Widziałam potem stan mieszkania po tej nocy: połamane meble, zerwane i zmięte jak gazeta linoleum z podłogi w kuchni – obraz jak po przejściu tornado. W trakcie tej nocy wezwałam – oczywiście – policję, bez przekonania jak zwykle. Przyjechali, ale tym razem ich interwencja wyglądała diametralnie inaczej. Jak w dobrym, kryminalnym filmie. Zapukali do drzwi na górze, po czym nastąpił jakiś tupot, trzaskanie drzwi, krzyki, odgłosy szamotaniny czy nawet bójki. Potem dowiedziałam się, że jeden z pijaków rzucił się na policjanta z pięściami. Wiadomo rzecz jasna, jak się to dla niego skończyło. Po krótkiej chwili, patrzę przez okno, a tu nadjeżdża grupa antyterrorystyczna policji. Wbiegli na górę, znów jakaś szamotanina, krzyki itp., a następnie patrząc przez „judasza” widzę i oczom nie wierzę: moi sąsiedzi z góry leżą porozkładani po schodach, pospinani kajdankami po dwóch. Pogrom! Szczyt szczęścia! Cztery lata na to czekałam!