Zeznanie

Do roku 1990

Część I – Jak się zaczęło

Skoro stosowne służby nie chcą się zainteresować moim losem, zacznę zeznawać tutaj. Jednym z wątków wymagających omówienia jest coś co określam mianem „kocioł rodzinny”. Niestety tego wątku tutaj nie mogę omówić. Wymaga on poufnych warunków.

Dwie sprawy mają kluczowe znaczenie: brak możliwości normalnego zarabiania pieniędzy i atakowanie mnie falami. Brak możliwości normalnego zarabiania pieniędzy oznacza, że wyrzucano mnie z kolejnych prac albo w inny sposób niweczono moje starania o uczciwe zarabianie pieniędzy. Ponadto ogałacano mnie z kasy w różny sposób. Czyli sumując: pieniądze i ataki falami.

Wszystko zaczęło się bardzo dawno, prawdopodobnie nawet przed powstaniem „Solidarności”. Związek NSZZ „Solidarność” powstał w 1980 r., kiedy miałam 26 lat, tuż przed rozwodem. Potem jako samotna matka wychowywałam swojego syna, który w 1980 roku miał cztery latka. Od roku 80-tego zaczęły się w moim życiu wydarzenia nietypowe, dające się zrelacjonować, natomiast co nietypowego działo się wcześniej wobec mojej osoby, są to fakty, których mogę się jedynie domyślać na podstawie rozmaitych symptomów i skojarzeń.

Do stanu wojennego pracowałam w zajezdni autobusowej Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego. Należałam do „Solidarności” (do czego nakłonił mnie tato), wstąpiłam też do Konfederacji Polski Niepodległej. Na zajezdni pełniłam funkcję sekretarza „Solidarności”. Nade mną był przewodniczący i zastępca. Oceniam działalność naszego związku jako wartościową, szczególnie doceniam do dziś troskę o sprawy gospodarcze. Przewodniczący zarządził kontrolę pracy kierownictwa zajezdni. Sprawdzaliśmy księgi, pod kontem np. zużycia paliwa itp. Gdy przyszły nowe autobusy Ikarusy, przydzielaliśmy na wspólnych zebraniach autobusy poszczególnym kierowcom, tym, którzy mieli najwięcej doświadczenia i najlepsze wyniki w pracy. Naszą działalność przerwał stan wojenny.

Pierwszy dzień stanu wojennego, niedziela 13 grudnia 1981 r., przypadł na pierwszy dzień mojego zamieszkania na nowym miejscu. Po rozwodzie teść zażyczył sobie, abym wraz synem jak najszybciej wyprowadziła się z jego i teściowej mieszkania. Moja mama wypatrzyła pustostan tuż obok piekarni, gdzie pracowała. Pustostan ten była to mała klitka na parterze, kiedyś zapewne pełniła rolę służbówki. Był to jeden pokój 16 m.kw. Stara gazowa kuchenka, stary zlewozmywak – i to wszystko. Ubikacja na podwórku.

Na samym początku stanu wojennego przeniesiono mnie z zajezdni do innego zakładu MPK, przy ulicy Brożka na drugim końcu Krakowa. Tam przez wiele miesięcy siedziałam za pustym biurkiem. Po prostu nie dano mi nic do pracy. Czułam się okropnie, gdy do pokoju wchodzili jacyś pracownicy, kierowcy czy mechanicy. Mogli sobie pomyśleć, że dostaję pensję za nic, jak jakaś uprzywilejowana u partyjnego kierownictwa. Wielokrotnie, ale bez skutku, upominałam się u kierownika o jakieś zajęcie. Wytrzymałam tak do grudnia 82 r., kiedy udałam się do dyrekcji MPK z prośbę o interwencję. W efekcie kierownik zakładu dał mi jakąś dokumentację do prowadzenia, ale nie wytłumaczył, mimo moich próśb, jak mam ją prowadzić. Podczas jednej z rozmów, kiedy prosiłam o nauczenie mnie prowadzenie dokumentacji, naleciał na mnie z pretensjami, że czepiam się, bo pewnie nie chce mi się pracować.

Niby nic szczególnego dotąd nie opowiedziałam, ale tak zaczęło się moje piekło. Po pierwsze, przeniesienie mnie z zajezdni do zakładu na drugim końcu Krakowa była to duża uciążliwość, ponieważ wydłużyła się znacznie moja droga między domem a pracą, a odprowadzałam co rano syna do przedszkola. Przybył mi jeszcze jeden stres, gdy latem 82 r. zjawiła się w moim domu SB na przeszukanie. Zdziwiło mnie to, ponieważ od pół roku, czyli od wprowadzenia stanu wojennego nie działałam już ani w „Solidarności”, ani w KPN, zgodnie z mądrą radą pewnego kolegi z „Solidarności”. Doradził mi, abym zaniechała działalności, bo przecież mam dziecko. Nie bardzo mi się ta rada spodobała, co powinien zrozumieć każdy młody człowiek natchniony jakąś ideą. Mimo to dostosowałam się. Po co więc przyszła SB?

Denerwowałam się siedząc w pracy za pustym biurkiem, denerwowałam się nie wiedząc, czego ode mnie chce SB i czym to się skończy, denerwowałam się, bo zajęłam pustostan na dziko. Poranki też zazwyczaj nerwowe, bo trzeba było zdążyć do pracy na drugi koniec Krakowa, ale najpierw odprowadzić dziecko do przedszkola. Najgorzej było zimą, bo przed wyjściem musiałam najpierw odkuć drzwi z lodu. Parter, brak ogrzewania – wstawałam o czwartej rano, aby elektrycznym piecykiem ogrzać mieszkanie, zanim wstanie syn. Po południu mnóstwo obowiązków – zakupy, dom. A w domu kompletny brak komfortu, nie miałam nawet lodówki, a przez pewien czas także i pralki. Pod ubikacją na podwórku regularnie wystawali pijacy i popijali alkohol. Załatwialiśmy się z synem do wiaderka, które wynosiłam, gdy pijacy już sobie poszli. Wodę z kranu miałam tylko zimną, skonstruowałam prostą konstrukcję – gar na kuchence gazowej, z rurką igielitową poprowadzoną nad umywalkę, a na końcu nad zlewozmywakiem sprytny plastikowy kureczek do odkręcania. Kąpiele – w dziecinnej wanience stawianej na podłodze. Mnóstwo dźwigania, mnóstwo prymitywnych czynności, wieczny pośpiech. I wtedy w 82 roku doznałam kilkakrotnie ataku serca, o ile pamiętam, trzy razy. Nigdy wcześniej ani potem to mi się nie przytrafiło. Poszłam do lekarza w zakładowej przychodni obok zakładu MPK. Lekarz zapisał mi nitroglicerynę. Po jednym z ataków włożyłam nitroglicerynę pod język. Po chwili poczułam się strasznie. Pojechałam na pogotowie, gdzie lekarz kategorycznie kazał mi nitroglicerynę odstawić. Po latach zrozumiałam, że ataki serca nie były naturalne. I oczywiście przepisanie mi przez lekarza nitrogliceryny było czynem nie do zaakceptowania.

Z pracy do domu wracałam tramwajem, wsiadałam obok zakładu MPK na pętli. Siedziałam kiedyś w tramwaju czekając na odjazd i w pewnej chwili naszła mnie dziwna myśl i nastrój grozy. Myśl brzmiała mniej więcej tak: „oni mają takie metody”. Otrząsnęłam się natychmiast, bo nastrój grozy był stasznie nieprzyjemny. Pomyślałam, że opanowało mnie jakieś złudzenie. Mogło to być złudzenie biorąc pod uwagę huśtawkę emocji w tamtym czasie, spowodowaną kłopotami. Po latach zrozumiałam, że złudzeniem nie było.

W grudniu 82 r., z powodu problemów z kierownikiem zakładu MPK postanowiłam rozejrzeć się za inną pracą. Koleżanka powiedziała mi, że w banku, w którym pracuje, jest wolny etat. Poszłam na rozmowę z dyrektorem banku. Zgodził się przyjąć mnie do pracy i umówiliśmy się na konkretny dzień. Udało mi się w międzyczasie rozwiązać umowę o pracę z MPK na korzystnych warunkach. Szykowałam się akurat do wyjścia do mojej nowej pracy, gdy zapukał listonosz. Przyniósł list od dyrektora banku, w którym – o zgrozo! – dyrektor poinformował mnie, że etat dla mnie już jest nieaktualny.

Na szczęście dość szybko udało mi się znaleźć inną pracę – na PKP, blisko miejsca zamieszkania. Przerwa między odejściem z MPK, a podjęciem pracy na PKP jednak była, co odczułam przy pierwszej wypłacie. Przyjęto mnie oczywiście na najniższej stawce płacowej. Praca mi się bardzo spodobała, ale po trzech miesiącach kazano mi się zwolnić na własną prośbę. Powód? Była zima, syn trochę chorował na przeziębienie, szłam na zwolnienia. Ja też raz zachorowałam, miałam 38 stopni gorączki, ale – co zastanawiające – lekarz zakładowy PKP orzekł, że nic mi nie jest, pracowałam więc taka chora. Którejś nocy solidarnościowe protesty przeniosły się na naszą ulicę, przyjechało ZOMO i zagazowało ulicę. Gaz dostał się do naszego parterowego mieszkania. Nie dało się spać, rano obydwoje byliśmy aż chorzy – piekły nieznośnie oczy, ciężko było oddychać, a jeszcze na dodatek dozorcy zaczęli zamiatać ulice i gaz ponownie zaczął się unosić. Spóźniłam się tego dnia do pracy. Wtedy właśnie usłyszałam, że mam się zwolnić.

Część II

Potem była „Renoma” firma chałupnicza. Pracę w „Renomie” poprzedziła oczywiście przerwa po opuszczeniu PKP i skutki tego finansowe. Pobierałam w firmie materiały i pracowałam w domu. Po jakimś czasie zaczęło brakować materiałów do pobrania. Firma miała kłopoty? Nie. Przez telefon mówiono mi, że materiałów nie ma, jeszcze nie ma, a gdy przyszłam osobiście, zauważyłam, że materiały jednak są i że są wydawane innym chałupnikom. Zwolniłam się.

Wzięłam w ajencję kiosk RUCH-u. Kiosk usytuowany był bardzo dogodnie, bo blisko mojego domu, a jeszcze bliżej szkoły syna. Praca odpowiedzialna, ale sympatyczna, kontakt z klientami, często miłymi ludźmi, chętnymi by przy okazji kupowania pogadać. Po paru miesiącach dyrekcja RUCH-u przysłała pracowników w celu przeprowadzenia remanentu. Wynik? Jak z horroru. Wyliczyli manko, ale wartość manka – jak obliczyłam – przekroczyła wartość aktualnego towaru w kiosku, co daje do myślenia. Ponadto odpowiadała mniej więcej moim rocznym zarobkom w tym kiosku (gdyby średnie moje miesięczne zarobki pomnożyć przez 12, bo pełnego roku nie przepracowałam). Ileż bym musiała nakraść!! Straciłam i tą pracę.

Pamiętam doskonale dzień przed remanentem. Robiłam porządki w kiosku. W asortymencie miałam między innymi fajną biżuterię, kolczyki, pierścionki itp. Poukładałam ją na szybce tuż nad okienkiem, przez które sprzedawałam. Przekładałam tam i z powrotem, zamieniałam miejscami poszczególne te przedmioty, aby wyglądało to jak najlepiej. Szczególnie zależało mi, by wyeksponować kolczyki – były bardzo ładne. W końcu znalazłam dla nich odpowiednie miejsce. W dniu remanentu zauważyłam, że jednego z kolczyków nie ma. Ciekawe, że wkrótce po wyrzuceniu mnie z RUCH-u powstał blisko tego kiosku, obok Hali Targowej sklep pod nazwą „Kolczyki”. Zastanawiające…

Straszne, co przeżywałam z powodu tego manka. Sprawdzałam przeliczenia dyrekcji, nie mogłam opanować stresu, kompletnie nie umiałam się skupić. Rozdygotana liczyłam po wiele razy. Pierwszy raz w życiu przeżyłam taki stan psychiczny. Na pewno nie był to naturalny stan. Jak powiedział mi pewien znajomy, w gazecie pisano o jakieś pani, która z powodu manka wpadła w kryzys nerwowy, pospolicie mówiąc oszalała. Zastanawiające…

Co się dzieje?! Za dużo tych zbiegów okoliczności! Za dużo tego pecha! Prześladowania? Nie, ponieważ ze Służbą Bezpieczeństwa żyłam w zgodzie.

Znalazłam pracę w „Cezarku”, małym pawiloniku w pobliżu Hali Targowej. Właścicielami była para małżeńska żydów. Sprzedawali szybkie dania typu hot-dogi, zapiekanki itp. Pracowałam w kuchni przy sporządzaniu potraw. Właścicielka była bardzo hojna, często nagradzała mnie nadprogramowymi premiami. Ale po około dwóch miesiącach praca i tam dla mnie się skończyła. Wcześniej właścicielka zaprosiła mnie na elegancki dancing do Kaprysu. Fundowała napoje, w tym wyskokowe i potrawy. Widać było, że od początku do końca starała się mnie uhonorować. Mimo, że mnie wylała, nie myślę o niej źle. Najwyraźniej MUSIAŁA mnie zwolnić, ale jednocześnie nie chciała, abym myślała o niej źle.

W następnej kolejności podjęłam pracę w pewnej szkole w dzielnicy Kazimierz, obok synagogi. Przyjęto mnie na okres próbny, na niskiej stawce płacowej. Gdy okres próbny wygasł, dyrektorka odmówiła mi przyjęcia na umowę stałą, nie podając powodu. Zaskoczyła mnie tą odmową, bo wydawało się, że jest ze mnie zadowolona. Rozmawiała ze mną ciepło, kiedyś wysłała mnie na zakup teczki dla szkoły powierzając mi pieniądze. Przyniosłam jej żółtą teczką. Popatrzyła na teczką i z jakimś niezrozumiałym dla mnie zachwytem wykrzyknęła: O! jaka ładna teczka, taka żółta! Zdarzyło się raz, że pewnej nocy kompletnie nie spałam, nie mogłam usnąć. Przepracowałam następny dzień okropnie zmęczona. Dziwna żółta teczka i dziwna noc…

Potem było biuro w budynku „Sokół” nad Wisłą, w pobliżu klubu „Korona”. Obsługiwało szkoły, nazwy biura nie pamiętam. Tam uknuto na mnie zasadzkę. Moja kierowniczka poleciła mi zanieść pewne pismo do pokoju piętro niżej. Tak zrobiłam, położyłam pismo na biurku urzędniczki, bo akurat wyszła z pokoju. Po paru dniach wybuchł skandal – kierowniczka ochrzaniła mnie, bo rzekomo zawieruszyłam owo pismo i nie wykonałam polecenia dostarczenia go. Wyrzucono mnie z pracy. Nie pomogły moje błagania, że mam dziecko. Pamiętam, jak mnie to zmartwiło, bo właśnie miałam w planie kupno dla syna kurtki zimowej, był grudzień, a poza tym miesiąc ten to zły moment na szukanie nowej pracy – z powodu zakończenia roku firmy robiły roczne podliczenia i niechętnie przyjmowały nowych pracowników.

Tato znalazł mi następną pracę – w sklepie odzieżowym na ul. Kalwaryjskiej, prawie na przeciwko klubu „Korona”. Mąż właścicielki handlował walutą. Wiedząc, że w kantorze walutowym dobrze się zarabia, postanowiłam odważyć się i poprosiłam jednego z jego znajomych, który miał własny kantor, aby przyjął mnie do pracy. Przyjął i przyuczył do nowego dla mnie zawodu. Nie pamiętam już dlaczego, przeniosłam się po pewnym czasie do innego kantoru, którego właścicielem był wielki biznesmen, żyd. W pewnym momencie znudziło mu się posiadanie kantoru, wymówił mi pracę. Ale kazał odejść z dnia na dzień, a tak przecież postąpić z pracownikiem nie wolno – obowiązywał trzymiesięczny okres wypowiedzenia. Wzięłam więc samowolnie równowartość trzech moich pensji i odeszłam. Bardzo się potem złościł.

Do każdej nowej pracy przyjmowano mnie na najniższej stawce płacowej. Byłam bowiem młodą osobą, z króciutkim stażem.

Część III

Za komuny moi rodzice odkładali pieniądze na książeczkę mieszkaniową dla mnie. Gdy osiągnęłam pełnoletność, dysponowałam już kwotą wartości kawalerki. Po rozwodzie moich rodziców spieszyło mi się bardzo, by założyć własną rodzinę – znów chciałam mieć normalny dom. Poznałam przyszłego męża, zaszłam w ciążę. Pieniądze z książeczki mieszkaniowej przeznaczyłam na koszty ślubu, w tym ubranie dla mnie i pana młodego, urządzenie się z mężem w naszym pokoju w mieszkaniu teściów oraz na wyprawkę dla dziecka. Liczyłam, że z biegiem czasu dorobimy się z mężem wkładu mieszkaniowego z powrotem. Niestety mąż zachowywał się źle, podałam o rozwód. Gdy wyprowadzałam się od teściów, zabrałam meble częściowo zakupione z mojej książeczki mieszkaniowej. Tyle pozostało z mojego wiana.

Mieszkanie-klitkę zajęłam na dziko 13 grudnia 1981 r., a jednocześnie wystosowałam pismo do Urzędu Miasta Krakowa, powiadamiając o fakcie bezprawnego zajęcia. Prosiłam Urząd ponadto o przyznanie tego lub innego lokum. Postąpiłam dokładnie tak jak doradzał dziennikarz w telewizyjnej Kronice Krakowa. Miasto dysponuje – jak stwierdził – mnóstwem pustostanów, które zatrzymali do własnego rozporządzenia partyjni z PZPR-u. Dodał, że Urząd Miasta będzie takie pustostany przydzielał zgłaszającym, w pierwszej kolejności. Na moje pismo otrzymałam od Urzędu odpowiedź, w której Urząd nakazał niższej instancji rozważyć możliwość przyznania mi tego lub innego lokalu zastępczego. Niższa instancja nigdy nie ustosunkowała się pozytywnie do tego nakazu. Udałam się na rozmowę do prezydenta Miasta Krakowa. Prezydent mnie zbeształ, bo „co by to było, jakby wszyscy na dziko zajmowali pustostany”. Nie wzruszyła go opowieść o tym, że jestem samotną matka i nie mam gdzie mieszkać. Tkwiłam więc w tym mieszkaniu nielegalnie, aż do roku 1990.

Mieszkając na dziko bardzo dużo na tym traciłam. Nie tylko praw, także pieniędzy. I oczywiście nerwów. Płaciłam podwójny czynsz za karę. Nie należały mi się różne naprawy w mieszkaniu, musiałam wykonywać je na własny koszt. Udało mi się uzyskać drobną naprawę – wylewkę pod zlewozmywakiem, gdyż gniła podłoga. Pod spodem była piwnica, trzy ściany boczne narażone były na chłód zewnętrzny. W zimne miesiące ogrzewałam pomieszczenie piecykiem elektrycznym, ale tylko w dzień, z wiadomych powodów. Powietrze było niezdrowe, nie było wentylacji, otwierałam lufcik w oknie. Syn zaczynał chorować jesienią, kończył na wiosnę.

Zimy były najgorsze. Stale wyskakiwały bezpieczniki elektryczne. Usytuowane były w mieszkaniu wysoko, wielokrotnie w ciągu dnia musiałam wdrapywać się na biurko. Wystarczyło włączyć żelazko – i trrach! Na domiar złego któregoś roku wystawiono mi prognozowany rachunek na strasznie wysoką kwotę. Chodziłam do elektrowni wiele razy, od wiosny do grudnia, z prośbą o ponowne naliczenie zużycia prądu. W trakcie jednej z rozmów, gdy jak zwykle domagałam się sprawdzenia licznika, kierownik powiedział, że pukali już do mnie jego pracownicy nieraz, ale nie otwierałam, bo pewnie przyjmuję kochanków. Uderzyłam gościa w twarz. Oddał! Strasznie się zdenerwowałam, wyszłam. W końcu w grudniu dotarł do mojego domu pracownik elektrowni, sprawdził licznik. Wkrótce otrzymałam nowy rachunek prognozowy na następny rok. Przez cały ten następny rok nie miałam nic do płacenia, a tylko niewielką kwotę w grudniu. Czyli do chwili otrzymania nowej prognozy, przez równy rok płaciłam prąd podwójnie. Stanowiło to wielką komplikację, gdyż cierpiałam na wieczny niedosyt pieniędzy spowodowany poniewierką po pracach – ten rok był bardzo ciężki.

Dość niedługo po otrzymaniu nowego prognozowego rachunku zdarzyło się jeszcze coś szokującego. Przybył monter z elektrowni i oznajmił, że wymieni w mieszkaniu kable w ścianach na nowe. Skarżyłam się bowiem w elektrowni na fakt, że stale wysiadają bezpieczniki. Monter fachowo przeciągał kable wewnątrz ścian, zamienił wszystkie na nowe. Dotarł do licznika i zaczął coś przy nim dłubać. W pewnej chwili mówi: „ma pani sieć podłączoną do klatki schodowej”. Oniemiałam. Znaczyło to bowiem, że płaciłam aż do tej chwili, przez kilka lat, prąd zużyty na klatce schodowej, w piwnicy i na strychu. Odłączył sieć od klatki schodowej.

Osobnym trybem złożyłam do Urzędu Miasta Krakowa podanie o przyznanie mieszkania zastępczego lub do remontu. Co roku, po obradach komisji przyznającej mieszkania chodziłam sprawdzać, która jestem w kolejce na liście. Przesuwałam się stopniowo do góry, aż pewnego roku zdawało się, że za rok znajdę się już w grupie szczęśliwców. Po roku zdarzył się jednak cud – przesunęłam się na liście na pozycję niżej, a nie wyżej. Znów tragedia.

Pod koniec lat osiemdziesiątych częściej zaczęłam wraz synem przebywać po parę dni w moim rodzinnym mieszkaniu, u matki. Zmieniła nastawienie odrobinę. Bardzo byłam umordowana wszelkimi trudami, także związanymi z prymitywnymi warunkami w mieszkaniu-klitce. Wreszcie jak dawniej po ludzku mogłam się wykąpać. Było ciepło od kaloryferów. Mieszkanie jasne słoneczne, na jednym z osiedli Nowej Huty. Rodzice dostali je w 1954 r. od władz komunistycznych. Na wszelki wypadek podałam komisji mieszkaniowej także adres nowohucki. Komisja zastała mnie w Nowej Hucie. Sporządzając punktowy formularz oceny warunków mieszkaniowych, oceniła w taki sposób moje warunki, że dla jednego z punktów dotyczącego metrażu wybrała walory mieszkania-klitki, a dla pozostałych walory mieszkania nowohuckiego. Im więcej punktów, tym większe szanse na mieszkanie. W mieszkaniu-klitce przypadał większy metraż na osobę, co zaniżyło punktację, jak również zaniżyły punktację warunki komfortowe mieszkania w Nowej Hucie. Usiłowałam dyskutować z komisją pisemnie, lecz komisja była nieugięta. Nie chciała uznać, że tak naprawdę nie mam żadnego mieszkania, ani nie wyjaśniła sensownie, dlaczego oceniała warunki wybiórczo i dlaczego brała pod uwagę dwa mieszkania naraz. Idiotycznych pism od Urzędu, przy tej i innych okazjach otrzymałam wiele, trzymam je do dziś.

Po Okrągłym Stole otrzymałam pismo, w którym powiadomiono mnie, że wszelkie podania złożone przed 1990 rokiem tracą ważność. Czyli mój staż oczekiwania na przyznanie mieszkania diabli wzięli.

Nie pamiętam dokładnie w którym roku, ale podjęłam działania w celu uzyskania prawa do zaadoptowania i zamieszkania na strychu, nad mieszkaniem mamy. Urząd nakazał mi w tym celu sporządzić listę lokatorów i pozbierać ich podpisy, że wyrażają zgodę. Wszyscy się zgodzili, oprócz sąsiadów obok. Ludzie bez serca. Po paru miesiącach ktoś jednak zaczął prace adaptacyjne i wkrótce wprowadziła się tam rodzina. Urząd od nich nie wymagał uzyskania zgody lokatorów.

Część IV

Gdy syn miał 5 lat, latem, przedszkola miały przerwę wakacyjną, na wakacje przyjęli syna byli teściowie. Pewnego dnia odwiedziłam syna. Zastałam taką sytuację: dziecko siedzi przy stole, skręca się z bólu, a babcia wmusza w niego rosołek. Pytam, co się dzieje. Babcia odpowiada, że syna boli brzuszek, że nie robił kupki. Zorientowałam się, że to jest bardzo silny ból, natychmiast zawiozłam syna na pogotowie. Przyjęto go na oddział szpitalny. Okazało się po dokładnym zbadaniu, że syn cierpi na guzy kałowe. Lekarze zajęli się nim, dostał kroplówkę. Nigdy wcześniej ani potem nie miał takiej dolegliwości. Po pozostawieniu syna w szpitalu, wracałam do domu taksówką. Przepłakałam całą drogę.

W czasie, gdy pracowałam w kiosku RUCHU-u, syn był w drugiej klasie szkoły podstawowej. Szkoła mieściła się przy ulicy 15-grudnia. Gdy był w drugie, a raczej chyba w trzeciej klasie, przyszłam kiedyś do szkoły, była przerwa. Patrzę, a na korytarzu pod ścianą kuli się mój syn, wokół wianuszek gapiów przygląda się jak kilku chłopaków szpilkami kłuje go. Zagotowałam się. Podbiegłam i rozpędziłam grupę. Natychmiast poszłam do wychowawczyni. Potem odbyła się rozmowa u dyrektorki, w obecności psychologa szkoły. Rozmowa przybrała przebieg skandaliczny. Otóż grono to pedagogiczne zaczęło prawić mi kazanie, że powinnam lepiej zajmować się synem i że popełniam jakiś błąd, który powinnam przemyśleć! Przeniosłam syna do innej szkoły. W domu porozmawiałam z synem, chciałam usłyszeć szczegóły. Powiedział, że ci chuligani klasowi prześladowali go nie po raz pierwszy, ale kazali mu milczeć. Bał się opowiedzieć mi o tym. Naprawdę musiał się bać, skoro zachował w tajemnicy to traktowanie. Zazwyczaj miałam z synem dobry kontakt, rozmawialiśmy, chodziliśmy na spacery, do kina, w lecie na basen itp., odrabiałam z nim lekcje.

Przed tym zdarzeniem, gdy zaczął się rok szkolny, szkoła przeniosła syna do innej klasy, dla dzieci trudnych. Do tej klasy, gdzie pastwili się nad nim chuligani. Rozłączono go z najbliższym przyjacielem, bardzo miłym i grzecznym chłopcem. Jego rodzina wyznawała wiarę Świadków Jehowy. Serce mi krwawiło. Poszłam zapytać o powód przeniesienia, bowiem syn był wrażliwym, ułożonym dzieckiem. Odpowiedziano mi byle co. Przeniesienie było przesądzone.

Od czasu rozwodu syn przeżył sporo, ponieważ jego ojciec znęcał się nad nim psychicznie. Polegało to na tym, że obiecywał synowi, że przyjdzie w danym dniu, po czym nie zjawiał się w tym dniu, lecz za tydzień, dwa lub trzy. Syn czekał, źle spał, był rozkojarzony – przeżywał. Taka sytuacja powtarzała się regularnie. Nie pomogły moje rozmowy z byłym mężem. Już sam rozwód był dla syna tragedią, bo z domu teściów, gdzie był przez wszystkich kochany, przez babcię, dziadka, brata męża i nas, rodziców, gdzie był noszony na rękach, z mieszkania komfortowego, trafił z dnia na dzień do warunków jak dla jakieś biedoty w zacofanym kraju. Zamiast kilku kochających osób, miał odtąd tylko mnie. Raz jedyny były mąż przyniósł dla syna prezent. Był to samochód strażacki. Pamiętam, że zdarzyło się to w przeddzień pożaru w szkole podchorążych, nie pamiętam, w jakim mieście. Zbieg okoliczności?

Kiedyś, zimową porą syn wracał skądś do domu. Szedł ulicą, gdy zauważył, że jakiś mężczyzna idzie za nim krok w krok. W pewnym momencie mężczyzna wykonał gest, jakby chciał go pochwycić. Syn zerwał się i zaczął szybko biec. Napastnik szczęśliwym trafem poślizgnął się na oblodzonym chodniku, synowi udał się uciec. Wbiegł do domu zdyszany i przerażony.

Dużo złego spotkało syna, doszłam do wniosku, że jest nam potrzebna pomoc psychologa dziecięcego. Chciałam, aby oprócz mnie syn mógł rozmawiać też z innymi ludźmi. Chciałam, by w ogóle miał kontakt z innymi przychylnymi mu ludźmi, byliśmy oboje razem, ale bardzo samotni. Udałam się z nim do przychodni psychologicznej. Odbyła się rozmowa i z nim, i ze mną. Ze mną pani psycholog przybrała podobny ton jak pedagodzy w szkole – ja bym była czegoś winna.

Syn miał upodobanie do modelarstwa. Chodziłam z nim przez parę miesięcy raz-dwa razy w tygodniu do pewnej modelarni, prowadzonej przez sympatycznego starszego pana. Syn bardzo lubił te zajęcia. Po pewnym jednak czasie zajęcia w modelarni stały się dla nas za drogie. Pan wyjaśnił mi, że przechodzą na etap budowania modeli wymagających kupna drogich materiałów. Zrozumiałam, że to koniec modelarstwa w tej grupie.

Zaprowadziłam syna na kryty basen. Trochę już umiał pływać, był samoukiem. Poprosiłam trenera, aby przyjął go do sekcji. Trener polecił synowi, aby pokazał, co umie. Syn zaczął płynąć, ale zmęczył się szybko, bo przecież płynął nie do końca stylowo. Trener mimo to kazał mu płynąć dalej. Znów stanął, ale trener ponownie nakazał mu płynąć. Dziwne, bo miał tylko pokazać, co potrafi. Syn zraził się, nie chciał chodzić na ten basen. Stwierdził, że trener był złośliwy.

Zaprowadziłam go do sekcji tańca towarzyskiego, do domu kultury. Chodził na zajęcia wiele miesięcy. W domu pomagałam mu ćwiczyć, bo sama bardzo dobrze umiem tańce towarzyskie – uczyłam się u profesora Mariana Wieczystego. Miał partnerkę, z którą stanowili najlepszą parę w klubie. Wytypowano syna na turniej taneczny w Zielonej Górze. Ale pan dyrektor domu kultury zabrał synowi tą partnerkę i przydzielił swojemu synowi. Mojemu synowi przydzielono inną, nową partnerkę. Przyszykowałam mu turniejowy kostium i pojechałam z nim do Zielonej Góry. Turniej się odbył.

Finansowo stale kulałam. Bywały momenty, gdy pożyczałam w jednym miejscu, by oddać w drugim miejscu. Zdarzyło się parę razy, że jacyś ludzie trochę mnie finansowo wsparli: tato, kolega z pracy, ksiądz. Dostawałam od byłego męża alimenty zasądzone przez sąd. Po pewnym czasie były mąż zniknął, przestał do nas przychodzić. Odbył się drugi sąd w sprawie alimentów. Zamiast męża przyszła jego konkubina i oznajmiła, że będzie alimenty dla mnie przesyłać zamiast byłego męża. Przysyłała regularnie. Ponieważ alimenty były niewysokie, zaczęłam szukać b. męża. Okazało się, że wyjechał do USA, o czym dowiedziałam się w dziale paszportowym. W sądzie zaczęłam się starać o pośrednictwo (taka była procedura) w uzyskaniu alimentów bezpośrednio od b. męża. Urzędniczka sądowa przygotowała pismo do USA, na podstawie moich informacji, które podałam w stosownych formularzach. Powiedziała, żebym przyszła zapytać o wynik za rok. Co jakiś czas dowiadywałam się, czy przyszła już ze Stanów odpowiedź. Wciąż nie było. Po roku pani oznajmiła mi, ze zapomniała przed rokiem wysłać pismo do USA i że wciąż leży u niej w szafie. Kazała czekać kolejny rok. Przeżyłam to strasznie.

Po roku 1990

Część V

Podczas obrad Okrągłego Stołu pracowałam w KDI – Krakowska Dyrekcja Inwestycyjna. Mama pracowała jako gosposia u pewnej młodej pani. Obie wyjechały na wiele miesięcy do Gdańska. Przed wyjazdem mama prosiła, abym wprowadziła się do jej mieszkania i zajmowała się kotem. Odtąd zamieszkaliśmy z synem w Nowej Hucie na stałe. Syn powiedział, że już nigdy nie wróci do tamtej nory. Miał dość tamtego koszmaru tak jak ja. Można by sądzić, że nasz koszmar już się skończył, tym bardziej, że Okrągły Stół zapowiadał przełomowe zmiany dla naszego kraju, ale nie. Zaczął się kolejny nasz koszmar.

W KDI nieźle zarabiałam, mimo że na najniższej stawce. Początkowo, ale na krótko czuliśmy się z synem swobodnie. W domu piekliśmy wspólnie różne ciasta. Cieszyliśmy się cywilizowanymi warunkami mieszkania. Był niepełnoletni, miał 14 lat. Pierwszy pomruk zła to dziwne sygnały. Syn, jako że był „złotą rączką”, wymajsterkował elektryczną wycieraczkę pod drzwi wejściowe. Miała coś robić po nastąpieniu na nią. Nie pamiętam co, miała chyba dzwonić. Pamiętam za to jak wyglądała. W pracy sekretarka dyrektora chwilowo była nieobecna, przeniesiono mnie na zastępstwo do sekretariatu. Weszłam do gabinetu dyrektora, a tam na stoliku leżał identyczny kształt, jak wycieraczka syna. Trochę mnie to zmroziło. Można by sądzić, może nawet słusznie jest sądzić, że dawano mi do zrozumienia, iż istnieje nowa techniczna możliwość inwigilacji. Już wcześniej, gdy jeszcze mieszkałam w tamtej klitce, jakieś służby ewidentnie starały się uświadomić mnie, że istnieje taka nowa technika.

Odbywały się wobec mnie działania, które można by ocenić jako dwojakie. Jedne, zamieniały moje życie w piekło, życie syna również. Drugie, mające na celu uświadomić mi coś. Czy faktycznie były to działania jedne złe, drugie nie koniecznie złe albo wręcz dobre? Oto dalszy ciąg wypadków:

W 91 albo 92 roku miał miejsce nalot na mnie przy użyciu techniki fal (nie znam profesjonalnej nazwy). Brała w niej udział grupa osób, nie wiem ile. Na pewno nie była to jedna osoba ani nawet tylko dwie. Celem fal był mój umysł i ciało, narządy wewnętrzne. Z tego co pamiętam, praktykowali na mnie stymulowanie procesu tworzenia kału i wypróżniania. Mówili. Padały ohydne uwagi. Uniemożliwiali mi zaśnięcie przez całe cztery noce. Każdego dnia coraz bardziej półprzytomna chodziłam do pracy. Ostatniego dnia, nie mając kompletnie świadomości znalazłam się tuż nad brzegiem balkoniku pozbawionego balustrady. W ostatniej chwili koleżanka z pracy zawołała mnie po imieniu. Panowali nade mną i nad sytuacją. Nalot ten było to pouczające, ale bardzo przykre doświadczenie. Nie usłyszałam ani słowa wyjaśnienia, jakie siły nade mną zapanowały ani w jakim celu czy powodu.

Latem 93 r. usłyszałam pytanie w znaczeniu, czy chcę bronić się w związku z całą przeszłością. Odpowiedziałam, że tak. Jesienią tego roku nastąpił kolejny nalot falami. Trwał kilka miesięcy. Zademonstrowano na mnie cały chyba repertuar możliwości technicznych. Były inscenizacje ciekawe i zachwycające, ale były też akty skrajnego okrucieństwa. Użyto także jakiejś substancji chemicznej – nie wiem, jak się dostała do mojego organizmu. Sądzę, że pod jej wpływem mój organizm stał się jeszcze czulszym odbiornikiem fal. Po co mi ta wiedza? Do dziś nie wiem. Też nie usłyszałam ani słowa o powodach ataku. Żadnego prawnego uzasadnienia.

Wkrótce zlikwidowano KDI. Podejmowałam różne prace, jakiś czas prowadziłam własny kiosk, sprzątałam willę pewnych państwa, prowadziłam rejestr zamówień w firmie o nazwie zawierającej słowo Europa. Wszędzie tu pracowałam niedługo – nie z własnej winy – najwyżej parę miesięcy. Zarejestrowałam się w Urzędzie pracy jako bezrobotna. Gdy straciłam prawo do zasiłku, udało mi się uzyskać dwukrotnie tymczasową rentę.

W jakiś czas po ostatnim nalocie rozpoczęto nowy rodzaj okrucieństwa wobec mnie. Trwał około 10 lat. Pozbawiano mnie snu, najczęściej co drugą, co trzecią noc. Były etapy lżejsze i cięższe. Lżejsze zwłaszcza pod koniec tego dziesięciolecia, może bandytom już się znudziło. Wciąż byłam chora z niewyspania. Nie mogłam podjąć żadnej pracy, nie mogłam normalnie funkcjonować. Bywałam tak przemęczona, że najmniejszy wysiłek przyprawiał mnie o potok łez. Płakałam z wysiłku nawet wychodząc po schodach.

Tak oto wyglądało dla mnie wyzwolenie spod sowieckiej dominacji. Taki oto obraz wolnej Polski mi ukazano.

W roku 94 rozpoczęłam kampanię listową w obronie siebie i syna. Napisałam do wielu instytucji, począwszy od instytucji Krakowa, a na stolicy skończywszy. Pomocy żadnej nie uzyskałam. Wyuczyłam się kodowania internetowych stron, zaczęłam dzięki temu zarabiać. Pierwsza moja internetowa strona powstała w roku 2008. Zarabiałam w ten sposób do roku 2016. W roku 2014 otrzymałam należną mi emeryturę. Uzyskałam dzięki temu – wreszcie – zdolność kredytową. Mogłam założyć firmę i przestać wykonywać strony „na czarno”, co wcześniej nie było możliwe z uwagi na strasznie wysokie kwoty składek ZUS. Jako emerytkę obowiązywała mnie o wiele niższa kwota, tylko składka zdrowotna.

W roku 2010 strych adoptowany nad naszym mieszkaniem opuściła mieszkająca tam dotąd rodzina. Lokal wykupił ktoś inny. Nowy właściciel przeprowadził na wstępie remont. W ramach remontu usunął z podłogi całą warstwę, która dotąd pełniła rolę izolacji akustycznej. Zaczął wynajmować lokal. To duże pomieszczenie, liczy około 100 m. kw. Na zmianę mieszkali tam studenci i robotnicy. Wciąż odbywały się tam alkoholowe, głośne libacje. Dniami i nocami. Centrum tych pijackich spotkań stanowiła kuchnia położona nad naszą kuchnią, która dla mnie stanowiła i stanowi miejsce do pracy i do spania. Trwał ten stan do 2014. Mnóstwo razy nocami wzywałam policję. W końcu udałam się do Komendanta Wojewódzkiego Policji na skargę na nieskuteczność działania policji. Po tej skardze sprawę przejęła pewna policjantka z pobliskiego posterunku. Na stałe i na serio zabrała się za melinę. Pisała pisma do właściciela mieszkania, do zarządcy bloku, wysyłała na wywiad dzielnicowego. Zaczął się szum wokół sprawy. Którejś nocy w roku 2014, gdy lokatorzy na górze zaczęli bić wszelkie rekordy chamstwa, przyjechała na moje wezwanie policja. Jeden z pijaków rzucił się na policjanta, chciał go bić. Dostał potem wyrok. Resztę towarzystwa policja pospinała kajdankami w pęczki, poukładał na schodach. W międzyczasie zjawiła się brygada antyterrorystyczna. Wyniesiono delikwentów.

Wreszcie mogłam normalnie spać i pracować. Nie trwało to długo, bo do 2016 r., kiedy rozpoczął się kolejny nalot.

Część VI

W ciągu ośmiu lat wykonałam ogromnie dużo internetowych stron. Ceny wystawiałam niewysokie, ale i tak stanęłam finansowo na nogi, mimo że na częściowym utrzymaniu miałam mamę (i kota). BIK pozostawał czyściutki, wszystkie rachunki płacone na czas. Opłacony zawsze prąd, gaz, internet, telefon i TV multiroom. Regularnie spłacałam raty pożyczki. Uzupełniłam braki w wyposażeniu domowym – kupiłam dwa komplety mebli, nowe drzwi wejściowe itp. Osiągnęłam to pomimo nękania falami w różny sposób i pomimo nie do wytrzymania hałasów przez cztery lata, dochodzących dniami i nocami z górnego piętra. Miałam już dość standardów narzucanych mi przez wrogów. Odkrywszy, że bez niczyjej łaski mogę zarabiać na kodowaniu stron, wykorzystałam tą możliwość maksymalnie. Pracowałam całymi dniami, także w niedziele i święta. Odkąd zawalił się mój rodzinny dom po rozwodzie rodziców, stale kierowała mną myśl przewodnia, aby odtworzyć standard życia, w jakim zostałam wychowana. Dopiero pracując w domu nad stronami, na własnym sprzęcie, niezależna od żadnych szefów, a jedynie od własnych umiejętności i inteligencji, mogłam zarabiać i zamiast klepać biedę zepchnięta na margines i dno, czuć się cywilizowaną istotą ludzką. Nie sądziłam, że ktoś się odważy zburzyć mi także i to.

Uważam, że życie każdego człowieka powinno składać się ze sfery prywatnej i zawodowej. Atakowanie przez służby państwowe sfery prywatnej jest – według mnie – aktem agresji. Jeśli służby państwowe czegoś od obywatela chcą, to przecież są na to przewidziane legalne formy współpracy. Przymuszanie do współpracy i posłuszeństwa biciem za pomocą bata, kija czy fal, to nie jest właściwy standard. Przeżyłam życie jak w plemieniu ludożerców. Zupełnie inny program oferowali założyciele „Solidarności” i KPN-u.

Jakiś kryzys nastąpił na świecie chyba, w związku z wynalezieniem techniki polegającej na emitowaniu fal do człowieka i czytaniu jego myśli. Służby dysponujące tą technika zwolniły się z obowiązku przestrzegania praw regulujących relacje służby-obywatel. Grozi nam chyba całkowity upadek profesji agenta, szpiega i współpracownika służb. Po co opłacać takich ludzi, skoro można ich pozyskać i używać do woli za free? Eh, gdzie te piękne czasy szpiegów CIA, Mosadu, MI-6 czy GRU!

Atak jesienią 2016 r. zaczął się od ataku elektronicznego. Zniknęły całkiem pliki strony, nad którą właśnie pracowałam na xamppie, serwerze komputerowym. Musiałam zbudować stronę od nowa. Miały miejsce różne zakłócenia, na przykład chwilami nie dało się przesyłać plików pomiędzy moim komputerem a serwerem zewnętrznym na hostingu. Doszłam do wniosku, że jakieś służby celowo przeszkadzają mi w pracy. Złościło mnie to. Poszłam na policję zgłosić, że zaatakowano moją elektronikę. Policjant doradził mi, abym udała się do dostawcy internetowego, był to wtedy Orange. Jeśli nastąpiło włamanie, to na pewno stamtąd – stwierdził. Prowadziłam księgę przychodów na portalu opti.pl. Abonament miałam opłacony do lipca 2017 r., niestety już w marcu nie dało się do portalu zalogować, a następnie zniknął z sieci całkiem. Pisałam zapytania mailowe, pocztą polską, dzwoniłam – firma nie odpowiadała. Zaczęły się przerwy w dostawie internetu, trwające nawet po kilka dni. Miałam opłacony pakiet „telewizja, internet, telefon”. Do września 2017 r. regularnie szukałam zleceń odpowiadając na ogłoszenia na portalach, gdzie zwykle uzyskiwałam klientów, np. wpzlecenia.pl. Niestety zlecenia żadnego nie otrzymałam, co było nietypowe, ponieważ wcześniej nigdy takie długie okresy bezczynności się nie zdarzały – zawsze miałam jakąś stronę do wykonania. Bywały przerwy, ale niedługie, a zdarzało się, że wpadały zlecenia po dwa naraz albo więcej. Oto już staje się widoczne, jaki zasięg miała operacja „jesień 2016”.

Rozpoczął się nalot na mnie falami, trwający wiele miesięcy, a w sumie lat. Może trzeba by powiedzieć, że aż do dziś. Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać, bo dokładny opis przebiegu tego nalotu to jak relacja ze szpitala wariatów. Zwłaszcza w pierwszych kilku-kilkunastu miesiącach. Postaram się jakoś to zrelacjonować, ale może nie w tym momencie. Na razie wspomnę tylko to, że naloty kompletnie uniemożliwiały mi pracę na stronami, a ten rodzaj pracy jest szalenie forsujący intelektualnie.

Już pod koniec 2016 r. zaczęłam wysyłać maile do instytucji rządowych, protestując przeciw akcji i nieludzkiemu traktowaniu mnie. Makabrycznie przerażona uniemożliwianiem mi pracy, a więc zarabiania, zgłaszałam ten fakt, zwracając uwagę na to, że mam na częściowym utrzymaniu mamę, bardzo wiekową, schorowaną. W jednym z maili do prezydenta Dudy nazwałam akcję rozbojem. Wychodziłam z założenia, że skoro aparat państwowy zainicjował taką akcję, w której w jakikolwiek sposób miałam zostać zaangażowana, to powinien był uwzględnić, że pracuję na siebie i mamę, oraz przewidzieć jakieś w związku z tym rozwiązania. Przecież pieniądze na utrzymanie nie spadały mi z nieba, a emerytura moja była i jest wysokości głodowej, co wynika z takiego przebiegu mojej pracy zawodowej, jak tu powyżej opisałam. Pomysłodawca akcji, w zakresie dotyczącym mnie, zrzucił koszty operacji na mnie. Zafundowałam częściowo państwu polskiemu operację.

Skoro akcja kończy się tym, że komornik i wierzyciele przygotowują przejęcie mojego mieszkania za długi i już za dwa dni ma się odbyć wycena mieszkania, to jakże ja miałabym potraktować tą akcję jako jakąś grę, prowadzącą rzekomo do jakiegoś słusznego celu. A długi powstały dlatego, że zmuszona byłam zaciągać pożyczki na utrzymanie w parabankach.

Czy nie jest tak, że polscy najwyżsi dowódcy tej operacji konsultują się z jakimiś dowódcami zza granicy? Bo dla mnie jest oczywiste, że angażowanie obywatela do jakieś akcji jeśli zgodnie z prawem, to i z korzyścią dla ojczyzny, a jeśli niezgodnie z prawem, to z niekorzyścią, ryzykownie, a może nawet niszczycielsko, a na pewno wywołuje we wszystkich zaangażowanych podejrzenia, sprzyja demoralizacji czy nawet może być kryminogenne. Często, ostatnio i wcześniej, odnosiłam wrażenie, że mam do czynienia z pogardą. Że Polska ma do czynienia z pogardą. To by znaczyło, że nie tylko racjonalne cele, choćby nawet wrogie, są i były realizowane.

Część VII – Uzupełnienia

Praca nad stronami

Gdybym moim klientom opowiedziała, w jakich warunkach powstawały dla nich strony internetowe, to by nie uwierzyli. W małej kuchni, niecałe 9 m. kw., w kącie obok kaloryfera. Kuchnia oprócz normalnie funkcji kuchni pełni jeszcze rolę mojego biura, a w nocy sypialni. W dzień mama krząta się za moimi plecami przez większość dnia, hałasuje garnkami, leje wodę, stale coś mówi, o coś pyta. Podczas gotowania obiadu panuje tu, co oczywiste, nieład. Jak tu zaprosić klientów do takiego biura? Nawet przez Skype nie ma jak porozmawiać, bo odgłosy kuchenne przeszkadzają, a poza tym mogłyby zadziałać na moich klientów odstraszająco. Przykładowo, pracowałam nad stroną dla Państwowej Szkoły Muzycznej, kontaktowałam się z pewnym panem w celu uzgadniania różnych szczegółów. Poziom rozmów na najwyższym szczeblu kultury, przecież takie środowisko to elita. A tu – ciasna kuchnia, rozgardiasz, odgłosy zupełnie nie muzyczne.

Odnoszę wrażenie, że mama, zwracając się do mnie co chwilę, usiłuje zająć mnie rozmową, zaangażować, wyrwać z mojego milczenia. Jakby nie rozumiała, że ja przecież pracuję. Przecież nie dlatego milczę, że pogrążam się w jakimś smutku, ale po prostu w skupieniu pracuję. Praca nad stroną to mała inżynieria, konieczna jest absolutna precyzja. To liczenie, planowanie, pisaniu kodów, analizowanie, dopasowywanie elementów itp. Pracuje się nad stroną nie tylko gdy siedzi się przed komputerem, trzeba czasem wstać i pomyśleć nad rozwiązaniem jakiegoś problemu. Nieraz strona płata figle, coś się rozjeżdża i rozlatuje, żadne triki za nic w świecie nie chcą odnieść skutku jakby wszedł w to sam diabeł i ma się ochotę pogryźć komputer! Wtedy nawet bzyczenie muchy doprowadza do szału! Skąd przyszło mamie do głowy, że trzeba mnie wyrywać z zamyślenia?!

Od roku 2010 do 2014, kiedy nad naszym mieszkaniem w lokalu powyżej, dawnym strychu, odbywały się dzikie libacje dniami i nocami, praca w takich warunkach to była istna gehenna. Przeważnie byłam niewyspana. Libacje trwały regularnie do pierwszej-drugiej w nocy, czasem dłużej, często nawet do rana. Szłam spać dopiero gdy oni szli spać. Ponieważ lokal nade mną pozbawiony został izolacji akustycznej, słychać nawet spadającą na podłogę łyżeczkę. Gdy nie ma izolacji akustycznej na podłodze, fale akustyczne rozchodzą się po ścianach i dlatego wszelkie, nawet leciutkie stuknięcia, słychać poniżej w mieszkaniu jakby ktoś stukną tuż obok.  A nie trzeba chyba wyjaśniać, jakie odgłosy towarzyszą pijackim imprezom ludzi prymitywnych. Pracowałam w warunkach, jakbym przebywała w melinie. Mieli tam fotel z metalowym obramowaniem i sprężynami. Trzeszczał niemożliwie przy najmniejszym ruchu osoby siedzącej na nim. Jeden z osobników, gdy tylko trochę wypił, zaczynał głośno gadać i gadał tak non stop. Zalewali moje mieszkanie – nie miał tam kto zająć się przetkaniem kanałów. Kiedyś woda ściekała po mojej ścianie stróżką tuż obok puszki elektrycznej. Zabrudzili wymiocinami mój balkon i okno. Widziałam to mieszkanie po tym, jak policja zlikwidowała melinę całkiem. Widok jak po wojnie: połamane meble, pogięte, skołtunione linoleum na podłodze w kuchni umiejscowionej bezpośrednio nad moją kuchnią, zupełnie jakby stratowało je stado bydła.

Zachowanie policji? Oględnie mówiąc nieskuteczne, skoro proceder trwał aż cztery lata. Wzywałyśmy z mamą policję często. Zwracałam się do inspektoratu budowlanego w sprawie braku izolacji akustycznej, wodnej i przeciwpożarowej we wspomnianym lokalu, informując, iż lokal ten przed zamieszkaniem pełnił rolę strychu i nie został poprawnie zaadoptowany na mieszkanie. Zwracałam się pisemnie i telefonicznie, ale bez rezultatu.

Służby specjalne

W tle mojego życia, wśród służb przewija się wątek wrogi wobec mnie i niszczycielski. Nie rozumiem, dlaczego tak ciężko było uwierzyć policjantom, wojskowym, urzędnikom aparatu państwowego, że w tajnych służbach też zdarzają się przestępcy, których po prostu należy ścigać i wykluczyć z państwowych służb. Przecież tajne służby, to nie jest kościół święty jakiś. Do chwili Okrągłego Stołu w Polsce zdarzały się prześladowania, a potem nagle ciach! – jak nożem uciął zjawisko prześladowania osób zniknęło?

Czasy są skomplikowane. Niełatwo zdecydować, jakich trzymać się reguł. Zamęt wprowadza idea „cel uświęca środki”. Z jej powodu może się wydawać, że to co złe, służy dobru. Nie jestem prawnikiem, ale jako laik domyślam się, że istnieją w prawie i przepisach regulujących działania służb, także tych najspecjalniejszych, określone legalne zasady dla najwymyślniejszych nawet działań.